Piękne istoty i piękna katastrofa
Jeśli kino umożliwia różnym ideologom posługiwanie się ukrytym przekazem, to autorzy filmu „Piękne istoty” zrobili to z finezją Andrzeja Gołoty. Powiedzieć młodym widzom, że Bóg to mit, wiara to bzdura, a religia opium dla mas, już nie wystarczy. Pro
Społeczność prowincjonalnego amerykańskiego miasteczka, gdzie rozgrywa się filmowa opowieść, to ultrakonserwatywni chrześcijanie. Kościół, szkoła, dom, całe życie podporządkowane jest rygorom religijnym. Istnieje katalog zakazanych książek, a jedyną dopuszczalną rozrywką są patriotyczne inscenizacje.
W tym świecie, w którym młodzi czują się jak w więzieniu, pojawia się obca tajemnicza dziewczyna Lena. Choć otacza ją dziwna aura, a w miasteczku uważają ją za wcielenie szatana, zakochuje się w niej kolega z klasy Ethan Wate. Rychło okazuje się, że mimo mrocznych, czarodziejskich zdolności jest ona sympatyczna, ludzka i wrażliwa.
Schemat zgrany do bólu – odmieniec, ktoś inny, obcy kontra lokalna wstrętna wspólnota.
Perypetie sympatycznej pary wplecione są w historię zmagań z ciążącą na dziewczynie klatwą. Film z każdą kolejną sceną coraz bardziej przypomina głupkowate horrory o rodzinie Adamsów i pewnie nie warto by się nim zajmowć, gdyby nie uporczywa maniera „product placement”.
Autorzy jedną rzecz potraktowali serio. Nie promują określonego produktu czy marki, lecz konsekwentnie przemycają symbole i znaki iluminatów. W filmie pojawiają się odniesienia do praktyk okultystycznych, wizerunki sowy, masońskie piramidy, oko i magiczne księgi.
Jednej rzeczy jednak producent nie przewidział. Na polskim rynku ta ideologiczna perswazja będzie jednak mało skuteczna. Bohatera Ethana Wate, który wśród młodych widzów ma budzić szacunek i sympatię, gra Alden Ehrenreich – aktor bardzo podobny do polskiego ministra od autostrad i kolei Sławomira Nowaka.