Zacznę od drobnego wspomnienia. Zimą 2013 r. w Krakowie odbyła się premiera filmu dokumentalnego „Testament” autorstwa Marii Dłużewskiej. Pokaz, wraz z dyskusją, zorganizował Wojciech Kolarski, obecny bliski współpracownik Andrzeja Dudy, obecnego prezydenta, który również był tam obecny. W rozmowie (p)o filmie wzięli udział m.in. jego autorka Małgorzata Wassermann, Maria Kolber ze stowarzyszenia Doxotronica, Jan Maciejewski, wówczas publicysta konserwatywnych „Pressji”. W trakcie dyskusji stwierdziłem, że po zmianie władzy „Testament” będzie wreszcie można pokazać w telewizji publicznej.
Starzy nie chcą młodych
Ku swojemu zaskoczeniu w oczach sporej części publiczności i dyskutantów zobaczyłem pobłażliwe rozbawienie. Uświadomiło mi to, jak duże – w tamtym momencie – było poczucie totalnej przegranej wśród części zwolenniczek i zwolenników PiS-u. Z niektórych rozmów toczonych w kuluarach wynikała wręcz dziwna zgoda na status wiecznej opozycji, ciągłe podkreślanie, że państwo i tak jest obce, że można liczyć tylko na oddolny aktywizm – i to taki w starym stylu, wśród łopotania sztandarów i w dość staroświeckiej oprawie amatorsko-medialnej. To nie był ton przeważający, ale stały. Dziś w niektórych środowiskach pro-PiS-owskich czarna rozpacz zamieniła się w hurraoptymizm i wiarę, że stosunkowo wysokie poparcie społeczne dane jest raz na zawsze.
Prawo i Sprawiedliwość przejęło instytucjonalne pole gry, przynajmniej na płaszczyźnie odgórnych decyzji, bo przecież gra polityczno-ideowo-środowiskowa toczy się w instytucjach na bardzo wielu poziomach, kompletnie niewidocznych i nieczytelnych dla dużej części odbiorców medialnego przekazu. O tym opinii publicznej w Polsce niemal nikt nie umie opowiadać, ponieważ lumpenliberalne narracje przez dekady psuły język dyskutowania o instytucjach. Zmiana układu sił politycznych i stopniowe, ale konsekwentne odcinanie instytucjonalnego wsparcia i publicznego finansowania dla postplatformerskiej opozycji skazało ją na współpracę z oddolnymi inicjatywami społecznymi, znacznie bardziej wychylonymi na lewo, niż normalnie jest to w stanie znieść większość tzw. strasznych dziaduniów, liderów i autorytetów liberalnych elit.
Spór o sądownictwo dobrze pokazał, że stara opozycja, aby cokolwiek ugrać, musiała usunąć się w cień, żeby oddać głos młodym. To, co było na początku konfliktem w łonie samej opozycji, sporem na linii starzy–młodzi i konfliktem liberalnej, starszej centroprawicy z młodą socjal-obyczajową lewicą i lewicującymi liberałami, szybko się zdynamizowało i zmieniło reguły protestu. Okazało się, że to entuzjazm młodych napędza zbiorowe emocje nawet tych protestujących, którzy są sceptyczni wobec lewicowych haseł. To przeoczyła strona rządowa, a także sympatyzujące z PiS-em ośrodki kształtowania opinii publicznej. Z dość kiepskim dla siebie skutkiem.
Walka o treści, walka na emocje
Doprecyzujmy ważną kwestię: spór na ulicach nie jest jedynie walką na emocje, jest także konfliktem merytorycznym, czy ściślej – jest walką o lepszy przekaz, który połączy niezbędną dawkę informacji/opinii z silnym, emocjonalnym uderzeniem w wyobraźnię społeczną. Straszni dziaduniowie nie przegrali ostatecznie, po prostu schowali się w cieniu, choć wcale tego nie chcieli. Opiniotwórcza inteligencja spośród młodej lewicy i lewicujących liberałów posłużyła się tymi samymi metodami co antyplatformerski ruch młodzieżowego oporu przed wyborami w 2015 r.: wielobarwny przekaz tworzony z pomocą mediów społecznościowych; mniej koturnowe wystąpienia; prosty, atrakcyjny przekaz, dobrze rozegrane spektakle uliczne; świetna oprawa wizualna.
Gdy to wszystko już się działo, TVP Info podawało możliwie najbardziej sztampowy i wygłaszany z namaszczeniem antydemonstracyjny przekaz (szanowna redakcjo TVP Info, on w znacznej mierze świetnie się nadaje już tylko na prześmiewcze memy), a politycy gasili pożar benzyną, opowiadając o spacerowiczach na Krakowskim Przedmieściu. Ale spora część kompletnie apolitycznej na ogół młodzieży nagle zobaczyła, że to niezła zabawa i lans, filmik i „słit focia” z protestów. Młodzi Polacy i Polki też uwielbiają termin „wolność” – czy jest to lepsze hasło niż „wolne sądy”? A bardzo sympatycznie walczy się z „dyktaturą” w atmosferze fiesty, w ciepłe letnie wieczory i noce.
Zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości zamiast tropić obce wpływy powinni zrozumieć, że w demokratycznym państwie, w którym nikt do nikogo nie strzela, ludzi najbardziej zachęcają do wyjścia na ulicę sprzyjające, na poły zabawowe warunki. I choć władza nikogo nie pałowała, a policjanci życzliwym okiem patrzyli na rozbawione tłumy, przyciężkie reakcje pro-PiS-owskich mediów i atmosfera piknikowej martyrologii po stronie protestujących znakomicie się napędzały – w tym wypadku działając na korzyść zjednoczonej opozycji.
Protest grozi... odwodnieniem
Młoda opozycja urządziła coś pomiędzy festynem a kiermaszem idei, łącznie z własnym Hyde Parkiem – tyle że usunęła wcześniej spod nóg skrzynki Mateuszowi Kijowskiemu i paru innym smutasom. Żeby była jasność: lewicowi i liberalni młodzi aktywiści i aktywistki nie przejęli struktur opozycji – przejęli na moment kontrolę nad zbiorowymi emocjami i wyobrażeniami okołosądowego niejednorodnego protestu. I poszło to lekko, łatwo i przyjemnie. Jak napisał ktoś z protestujących na Facebooku: „jedyne, czego się bałem, to odwodnienie”. I bardzo dobrze, dodam od siebie.
To wszystko nie znaczy, że nie należy analizować też możliwych działań socjotechnicznych, łącznie z próbami oddziaływania opartymi na astroturfingu (organizowaniu przez ukrywające swoją tożsamość, wyspecjalizowane podmioty pozornie spontanicznych, obywatelskich akcji). Tylko że żadne narzędzie masowego oddziaływania nie istnieje w próżni – punktem odniesienia są różnorako uwarunkowane kulturowo, społecznie, ekonomicznie i obyczajowo grupy społeczne. Podejrzenia, że dwudziestoparoletni, trzydziestoletni ludzie na ogół zainteresowani życiem prywatnym wyszli na ulice metropolii i mniejszych miast bronić patologii systemu sądowniczego, są znacznym uproszczeniem. Oni wyszli na ulice, ponieważ zostali skutecznie przekonani, po raz drugi od czasów czarnego protestu, że władza posuwa się za daleko. I nie ma co się łudzić, że nawet jeśli teraz pójdą do domów, to szybko zapomną o tym doświadczeniu.
Platforma Obywatelska mogła rządzić osiem lat również dlatego, że miała po swojej stronie media liberalnego establishmentu i kontrolowała media publiczne, których zdecydowanie perswazyjny przekaz był subtelniejszy od dzisiejszego, a mocno stonowana krytyka z lewej była czytelna tylko w obrębie inteligenckich środowisk. Prawo i Sprawiedliwość jest w znacznie trudniejszej sytuacji – tym bardziej powinno skupić się na reformach finansów państwa i wzmacnianiu pozytywnego przekazu i działań na rzecz ekonomicznie upośledzonych w III RP grup społecznych. Zdecydowanie ani starzy, ani młodzi liberałowie nie wygrają z dobrą polityką społeczną.