Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Wołodźko,
13.06.2017 19:56

Stolik z wódką i polityką

Ksiądz Kazimierz Sowa od lat grał rolę człowieka umiaru. Chętnie też krytykował uwikłanie „Kościoła toruńskiego” w politykę. Wspierał za to tzw.

Ksiądz Kazimierz Sowa od lat grał rolę człowieka umiaru. Chętnie też krytykował uwikłanie „Kościoła toruńskiego” w politykę. Wspierał za to tzw. Kościół otwarty, dobrze widziany przez liberalny mainstream. I oto zdyskredytował do cna opcję, której był gorącym apologetą.

Ilekroć miałem okazję spotkać księdza Sowę na portalach społecznościowych, zawsze uderzał mnie jego pryncypialny ton niechęci wobec wierzących, świeckich i duchownych, którzy podkreślali choćby swoje pro-PiS-owskie sympatie polityczne. Ksiądz Sowa umiejętnie budował wizerunek człowieka politycznie umiarkowanego, któremu bliskie są idee Soboru Watykańskiego II, próbujące uzgodnić pooświeceniowe dziedzictwo europejskiej kultury z tradycją rzymskokatolicką.

Etyka w kryzysie

Stąd przecież biorą się liczne spory w katolickim świecie, również na polskim podwórku: środowiska tradycji od dekad kontestują posoborowy ład, który właściwie przestał już być „wiosną Kościoła”, a stał się jego codzienną rutyną. Dziś o wiele bardziej rewolucyjnym gestem jest szacunek i miłość do starej łacińskiej mszy niż Eucharystia „z gitarą i piórem”, że posłużę się takim oazowym skojarzeniem. Buntownikami w Kościele są też dziś ci, którzy mówią, że nie ma poza nim zbawienia – w odróżnieniu od tych, którym zasadniczo jest już wszystko jedno. Mówię to zresztą z perspektywy stricte religioznawczej, a nie konfesyjnej.

Niekiedy wszystkie te spory wprost łączą się z określonym lokalnym i nader bieżącym kontekstem kulturowo-społeczno-politycznym. Wszak duży, ale jak się okazało, nietrafiony projekt Grupy ITI, czyli Religia.tv, miał być nieoficjalną reprezentacją Kościoła otwartego, niejako przeciwwagą dla telewizji Trwam. Ks. Kazimierz Sowa był nie tylko dyrektorem tej stacji. Na ironię zakrawa fakt, że prowadził tam też program „Moralność i etyka czasów kryzysu”, wraz z o. Maciejem Ziębą OP i... Ryszardem Petru, z którego tak niemiłosiernie kpił w trakcie knajpiano-wulgarnych rozmówek w restauracji Sowa i Przyjaciele. Taka to moralność i taka etyka. Zaiste w sporym kryzysie.

No to cyk

Nie mam wątpliwości, że duchowni, tak jak pozostali uczestnicy życia publicznego, mają prawo do własnych poglądów politycznych. W wypadku ks. Sowy nie jest zatem żadnym problemem to, że ma jasne poglądy, że w toku życia kapłańskiego wybrał również kościelny nurt, który jest mu najbliższy. Nie jest też żadnym problemem to, że ma brata polityka, wówczas rządzącej partii. Problem jest w czym innym – jak wspominałem na początku tego felietonu – ks. Sowa w przestrzeni publicznej z całą hipokryzją osadził się w roli kogoś, kto uznaje się za arbitra elegancji polskiego Kościoła, naszej rzeczywistości społeczno-politycznej. Tymczasem, no cóż, krótko można mu powiedzieć: lekarzu, ulecz samego siebie.

Wszak ks. Sowa chętnie przywołuje nauczanie Franciszka. Czas zatem, żeby przemyślał dość liczne zdania papieża na temat księży, którzy przedkładają życie światowe nad ewangeliczne, czas, żeby pomyślał, co właściwie wybrał z tradycji Kościoła otwartego: bo być może wybrał z niej to, co jest najłatwiejsze, najlżejsze i najprzyjemniejsze – przynajmniej do czasu. Co więcej, a co w sumie nie jest większym zaskoczeniem dla baczniejszych obserwatorów obecności ks. Sowy w przestrzeni publicznej: próbował się on przedstawiać jako krytyczny recenzent rzeczywistości, subiektywny, ale rzetelny i etyczny w myśleniu. Ale jak się wydaje, ten wizerunek nie współgra z esencją jego codzienności: plotkarsko-biesiadnym stylem życia, z przechwalaniem się kolegom, ile i z kim się wypiło, co i z kim można ugrać, kogo należy zniszczyć. Zamiast księdza, nawet zamiast księdza o sporej pasji polemicznej – taki sobie facet, który właściwie w niczym chyba nie różni się od świeckich. A przynajmniej bardzo się stara do nich upodobnić.

Moralność przedszkolaka

W tym wszystkim uderza pewien szczegół: oto ks. Sowa na swoim profilu na Facebooku przeprosił za to, że przeklinał. To nawet zabawne – człowiek w sile wieku udaje przedszkolaka przyłapanego na mówieniu słowa „d...”. To jest największa parodia jakiejkolwiek etyki, drobnomieszczańska i mocno w Polsce rozpowszechniona – robienie z brzydkich słów clou moralności. Przecież nie w przeklinaniu sedno problemu, ale w całokształcie postawy prominentnego i opiniotwórczego reprezentanta polskiego Kościoła otwartego. Oto człowiek, który zarzuca innym kapłanom upolitycznienie, okazał się właśnie jednym z nich. On jest jednym z nich, jednym z tych księży, którzy żyją w symbiozie z politykami, w świetnej komitywie, wzmacnianej przy biesiadnym stole. A i to często denerwuje Polaków, którzy mniej lub bardziej regularnie chodzą do kościoła – słuchają, jak mają postępować od wiodących żywot sybarytów mężczyzn, z których niebezpiecznie byłoby brać przykład, jeśli serio traktować zarówno chrześcijańską etykę, jak i duchowość i drogę do zbawienia.

Przy okazji. Joanna Duda-Gwiazda, legendarna działaczka pierwszej Solidarności, w rozmowie z Piotrem Śliwowskim i Martą Dzido wspominała, że kobiety Solidarności miały trudniej w życiu publicznym, ponieważ w Polsce politykę robi się przy wódce, na polowaniu i na rybach. Cóż, ks. Sowa i jego przyjaciele mimowolnie potwierdzają jej opinię.

Co z tymi podsłuchami?

Warto poruszyć na koniec szerszą kwestię. Obrońcy byłego szefa Religia.tv mówią, że publikacja podsłuchów niszczy standardy relacji społecznych, tego, co wolno i nie wolno w przestrzeni publicznej. To istotny problem, o którym trzeba dyskutować. Spójrzmy nieco szerzej: jednym z mitów założycielskich III Rzeczypospolitej było to, że będzie to wreszcie nie tylko państwo praworządne, ale też transparentne – to jeden z fundamentów demokracji liberalnej, mocno już zresztą skompromitowanych, także w państwach o znacznie silniejszych niż Polska tradycjach demo-liberalnych. Transparentność życia publicznego gwarantuje nam (niestety, zbyt często tylko formalnie), że decyzje w kwestiach publicznych będą podejmowane przez klasę polityczną na jasnych zasadach. W praktyce wiemy jednak, że za kulisami nierzadko decyduje się więcej niż jawnie, a głos np. wielkiego kapitału, przeróżnych pogrobowców komuny itp. znaczy więcej niż głos obywateli.

Stąd podsłuchy, a ściślej: ujawniane podsłuchy są mocnym ostrzeżeniem i karą dla klasy politycznej – o tym zresztą powinna też pamiętać obecnie rządząca partia. Czy tego typu praktyki są nieetyczne? Tak. Niemniej ujawnione w Sowie i Przyjaciołach podsłuchy nie dotyczą czyichś głębokich rozterek osobistych i przywar moralnych, nie czytamy o tragediach życiowych ludzi władzy i ich bliskich – wszystko, co opublikowano, dotyczy zdecydowanie przestrzeni publicznej, sposobu funkcjonowania nowo-starych elit III RP. Także w wypadku ks. Sowy nie czytamy przecież jego skarg, że np. czuje, iż zdradza swoje powołanie. Nie, po prostu widzimy kumpla od wódki i bieżączki politycznej prominentnych ludzi Platformy Obywatelskiej i zaprzyjaźnionych z nimi ludzi biznesu. Zaglądamy pod podszewkę III Rzeczypospolitej. Nie jest to niestety krzepiąca wiedza. A Kazimierz Sowa? No cóż, na własne życzenie wpisał się w tę historię. I jak sam napisał, żałuje tylko tego, że dobrze zna kuchenną łacinę.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane