Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Kultura i Historia

Szlak bojowy i wojenne losy tysięcy polskich rodzin, kobiet i dzieci

Dzień 12 maja tradycyjnie przyciąga myśli patriotów do roku 1935, kiedy to Marszałek Józef Piłsudski odszedł do lepszego świata, a Polska pogrążyła się w żałobie – nie tylko żegnając jednego z

Dzień 12 maja tradycyjnie przyciąga myśli patriotów do roku 1935, kiedy to Marszałek Józef Piłsudski odszedł do lepszego świata, a Polska pogrążyła się w żałobie – nie tylko żegnając jednego z największych wodzów w swoich dziejach, lecz także czując, iż wraz z nim znika gdzieś poczucie bezpieczeństwa, jakie płynęło z sulejowskiego zacisza, skąd Komendant spoglądał ojcowskim, opiekuńczym okiem na sprawy polskie. Zupełnie tak, jakby wraz z trumną okrytą biało-czerwonym sztandarem odeszła nadzieja na spokojne jutro. Los sprawił, że dokładnie tego samego dnia, tyle że w 1970 r., zmarł inny wybitny polski dowódca – w Londynie oddał ducha Bogu generał Władysław Anders. W najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska” pisze o tym kierownik działu Historia - Tomasz Łysiak.

Generał Władysław Anders także był posłańcem polskich nadziei, symbolem wyzwolenia, jakie należało i trzeba było nieść milionom obywateli Rzeczypospolitej zagarniętych przez sowiecki żywioł; był naszym „Mojżeszem” wyprowadzającym tysiące zesłańców i więźniów z sowieckich łagrów – żołnierzy, cywili, mężczyzn, kobiet, dzieci. Gdy wywiódł swą armię z „domu niewoli” i gdy już ze statków stawiała ona stopę na perskiej ziemi – jak starotestamentowy bohater mógł patrzeć na nią i dziękować Bogu za to cudowne ocalenie. Kiedy potem 2. Korpus walczył ramię w ramię z Anglikami i Amerykanami na włoskiej ziemi, zachodni sojusznicy patrzyli na naszych żołnierzy jak na wojsko w jakiejś mierze baśniowe, słyszeli coś o gehennie sowieckiej niewoli, lecz nie byli w stanie na tyle uruchomić wyobraźni, żeby zrozumieć, jakie piekło przeszli Polacy. Któż by zresztą to potrafił? Najlepszy nawet opis zawsze będzie jedynie jakąś próbą przybliżenia tematu – jedynie ten, kto dzień za dniem szedł piłować pnie drzew w trzaskającym mrozie, ten, kto wyjąc z bólu, gołymi rękami wyciągał z dołu z gliną kolejne pełne wiadro, a potem wlókł się z nim kilkadziesiąt metrów i wracał cały przesiąknięty wodą, ten, kto nie mógł spać, bo miliony wszy gryzły niemiłosiernie całe ciało, ten, kto przez cały dzień marzył o kolejnym kawałku chleba – ten tylko, kto to wszystko przeżył, rozumiał, co przeszli inni.

Cały dramat tzw. andersowców tym był większy, że zawierał trzy potężne akty, które w całości tworzyły opowieść w stylu greckiej tragedii. Pierwszy jej akt to upadek wrześniowy i potworne doświadczenie sowieckiej niewoli. Drugi zaczyna się wraz z układem Sikorski–Majski z końca lipca 1941 r. i kończy w trakcie walk o Monte Cassino, które stanowią crescendo historii – tej właśnie części można by nadać tytuł „Nadzieja”, gdyż wiąże się z daniną krwi oraz wiarą, że będzie wolna Polska po zakończeniu wojny. I akt trzeci rozpoczyna się wraz z konferencją jałtańską, a raczej wraz z wieściami o wyniku jej ustaleń, które w końcu dotarły do żołnierzy 2. Korpusu. Gorzkie poczucie beznadziei, porażki i bezcelowości dalszych działań stały się udziałem wielu Polaków walczących u boku wojsk Zachodu. Sprzeciw samego generała Andersa i jego chęć demonstracyjnego zaprzestania walki dobrze wyrażały to wszystko, co czuli i myśleli jego żołnierze – zostaliśmy zdradzeni, sprzedani Stalinowi w najbardziej cyniczny z możliwych sposobów. Bolało to jeszcze mocniej z tego względu, że jednocześnie korzystano z naszego wysiłku zbrojnego. To, co miało być ceną za Niepodległość, krew przelewana na polach bitew – szło w naszym poczuciu na marne.

Tego także zdawali się nie rozumieć nasi sojusznicy – ci na wyższych szczeblach udawali, że nie rozumieją, ci na niższych nie byli w stanie nawet po trosze wyobrazić sobie tego, co oznacza w praktyce sowiecka „wolność”. Patrzyli więc czasem zdumieni na naszych pogrążonych w złości i żalu andersowców. Oni natomiast stanowili armię wyjątkową – właśnie z tego względu, że byli jednocześnie ofiarami i wyzwolicielami. Nieśli ze sobą nie tylko wspomnianą nadzieję, lecz także wiedzę i własne doświadczenie związane z sowiecką niewolą.

Pisane już po wojnie wspomnienia Polaków, którzy na własnej skórze przekonali się o „dobrodziejstwach” systemu sowieckiego, były i są bezcennym wkładem w świadomość europejską, która winna określać stosunek Europy do Rosji. Szczególnie że tzw. upadek komunizmu to w istocie jedynie kolejne przeistoczenie się systemu w taki, który nadal ma identyczne imperialistyczne, bezwzględne cele jak niegdyś. Wcale nie tak daleko Rosji Putina do tej stalinowskiej. Życie ludzkie waży tyle co dawniej – czyli nic. Tak więc pamiętniki Józefa Czapskiego („Wspomnienia Starobielskie” i „Na nieludzkiej ziemi”) czy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego („Inny świat”) powinny stanowić lekturę obowiązkową w szkołach – nie tylko polskich, lecz także europejskich.

Więcej w najnowszym wydaniu tygodnika „Gazeta Polska”.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane