Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

Obrazy z Berlina należy zapamiętać. Musimy przygotować się na neoimperialne Niemcy

To, jak niemieckie służby potraktowały w Berlinie polskich demonstrantów pod wodzą Roberta Bąkiewicza, nie było w żadnym wypadku zwykłym incydentem. Rozpędzenie manifestacji upominającej się o godne upamiętnienie polskich ofiar niemieckiej okupacji jest czytelnym symptomem znacznie głębszego procesu, który po naszej stronie Odry zbyt długo lekceważono. Ten obraz – niemiecki policjant szarpiący polskiego działacza – powinniśmy zapamiętać. Bo zwiastuje on epokę, do której Polska nie jest jeszcze gotowa.

Autor:

Proces, o którym mowa, to nowo odkryta niemiecka asertywność i powracający neoimperializm. W nawiązaniu do hasła Donalda Trumpa moglibyśmy to nazwać „Germany First”. Wiele jednak wskazuje, że z tej kuchni wyjdzie potrawa o znacznie starszej recepturze, czyli „Deutschland über alles”. Szybująca w sondażach AfD to zaledwie jeden element układanki. Nawet jeśli partia ta nie wejdzie do rządu po ekipie słabego, niepopularnego kanclerza Friedricha Merza, mainstream i tak będzie musiał przejmować jej hasła, by złapać powietrze. A są to hasła dla Polski wyjątkowo niepokojące. 

Germany First

Współliderka AfD Alice Weidel zapowiada „przywrócenie normalnych stosunków z Rosją” i ponowne uruchomienie gazociągu Nord Stream, twierdząc, że Niemcy „mogą na nią liczyć” w kwestii powrotu do taniej rosyjskiej energii. Jej partia domaga się zniesienia wszystkich sankcji nałożonych na Moskwę. Drugi z liderów, Tino Chrupalla, idzie jeszcze dalej. W wywiadzie dla dziennika „Die Welt” powiedział wprost: „Europa była zmuszona realizować interesy amerykańskie. My to odrzucamy. NATO nie jest obecnie sojuszem obronnym. Wspólnota obronna musi akceptować i szanować interesy wszystkich krajów europejskich – także interesy Rosji. Jeżeli NATO nie może tego zapewnić, to Niemcy muszą się zastanowić, na ile ten sojusz jest jeszcze korzystny”. Zapytany zaś o rosyjskie zagrożenie, wzruszył ramionami: „Rosja wygrała tę wojnę. Rzeczywistość doścignęła tych, którzy chcieli doprowadzić do zwycięstwa Ukrainy”. W sprawie Unii Europejskiej stanowisko AfD jest równie wymowne. Nie chodzi już o jej rozbicie, lecz o coś groźniejszego – o jednoznaczne odejście od modelu solidarnościowego na rzecz modelu imperialnego. Idea jest prosta: wkładać do wspólnej kasy jak najmniej, zachowując przy tym polityczną kontrolę nad obszarem Unii Europejskiej oraz wspólny rynek, na którym tuczy się niemiecka gospodarka. To Europa pomyślana jako niemieckie podwórko, a nie wspólnota równych państw.

Polskę najbardziej niepokoić musi jednak nowa, nacjonalistyczna polityka historyczna. Spory wokół miejsca pamięci poświęconego ofiarom okupacji narastały przecież od lat. Eksperci – wcale nie radykałowie – od dawna wskazywali, że Niemcy przedstawiają naszą wspólną historię w sposób dla siebie wygodny, podporządkowany własnym celom politycznym, pomijając przy tym całe grupy ofiar po stronie polskiej. To także objaw stopniowej „aefdyzacji” niemieckiego życia publicznego. Kwestią czasu było to, kiedy środowiska patriotyczne upomną się o wspólną pamięć. Reakcja niemieckich służb – choć absolutnie niedopuszczalna i brutalna – w tym klimacie politycznym była, niestety, przewidywalna. I co gorsza, mam wrażenie, że Niemcy stają się coraz bardziej odporni na nasze moralne oburzenie.

Dotychczas niemiecka polityka wobec Polski miała wymiar kija i marchewki. Podczas grudniowych konsultacji międzyrządowych okazało się jednak, że niezależnie od naszych – historycznie i etycznie uzasadnionych – postulatów marchewka po prostu zniknęła. Wrażenie to potęguje podpisana polsko-niemiecka umowa o współpracy w dziedzinie obronności. W porównaniu z analogicznymi dokumentami zawartymi w ubiegłym i bieżącym roku z Francją oraz Wielką Brytanią – które przyniosły Polsce realne, autonomiczne klauzule wzajemnej obrony – umowa z Berlinem zawiera gwarancje bezpieczeństwa zdecydowanie słabsze. Ogranicza się ona wyłącznie do potwierdzenia zobowiązań, które i tak już nas wiążą z tytułu członkostwa w NATO i UE.

Zaplecze, nie sojusznik

W zamian nakłada na nasz kraj wyraźne i jasno określone obowiązki, wpisujące się w ogłoszoną w tym roku niemiecką strategię militarną. Mamy więc pracowicie układać sieć infrastruktury podwójnego zastosowania, koordynować nasz przemysł zbrojeniowy z niemieckim, powoływać rozmaite ciała czuwające nad wdrożeniem umowy – ale nie otrzymujemy żadnej wartości dodanej w porównaniu z poprzednią umową z 2011 r. Co więcej, dokument znacząco ogranicza wymiar transatlantycki współpracy. 

Tymczasem politycy AfD idą jeszcze dalej. Program partii zakłada, że Niemcy powinny pozostać w NATO jedynie do czasu zbudowania „niezależnego i zdolnego do działania europejskiego sojuszu wojskowego”. Chrupalla postawił to jeszcze bardziej radykalnie: „Przed wystąpieniem z UE należy uzgodnić jasne zasady nowej organizacji. To, nawiasem mówiąc, dotyczy także NATO”. Polska ma więc w tej koncepcji rolę zaplecza logistycznego i korytarza przerzutowego – terytorium, na którym Niemcy może i zechcą prowadzić ewentualną wojnę, niekoniecznie jednak broniąc przy tym naszych granic. 

Czas na realpolityk

Powstaje pytanie, co robić z tymi nowymi, selektywnymi – by nie powiedzieć butnymi – Niemcami. Nasze spory strategiczne muszą oczywiście mieć charakter wysoce skoordynowany i ustrukturyzowany, łączą nas bowiem głębokie relacje handlowe. Warto jednak już dziś powiedzieć niemieckim politykom, zwłaszcza tym z AfD: jeśli zamierzacie uprawiać bismarckowską realpolitik, to my możemy działać podobnie. To, że ktoś reprezentuje nową prawicę, nie czyni go automatycznie bezrefleksyjnym rusofilem gotowym narażać wschodnią flankę NATO i lekceważyć polską wrażliwość historyczną. 

Dowiódł tego Jordan Bardella, lider francuskiego Zjednoczenia Narodowego i faworyt wyborów prezydenckich z 2027 r., w wywiadzie dla Politico. Zapytany, czy Francja pod jego rządami dotrzymała zobowiązań obronnych wobec Polski, odpowiedział bez wahania: „Oczywiście. Jeśli kraj Unii Europejskiej zostałby zaatakowany, wywołałoby to reakcję wszystkich pozostałych państw europejskich – i Francja dotrzyma tu swoich zobowiązań”. Rosję Putina nazwał zaś „wielowymiarowym zagrożeniem dla interesów Francji i Europy”. To język diametralnie inny niż ten płynący od nowej prawicy z Berlina, gdzie Chrupalla publicznie ogłasza, że „Rosja wygrała wojnę”, a Putin „nic mu nie zrobił”.

Jeśli więc Niemcy chcą kwestionować NATO, to muszą liczyć się z tym, że Polska i Francja zechcą zajrzeć w ich programy zbrojeniowe i rozmieszczenie wojsk. Jeśli chcą Unii mniej solidarnej, niech zmierzą się z barierami handlowymi – choćby w postaci norm fitosanitarnych. A jeśli chcą pisać historię po swojemu, niech wiedzą, że my – wraz z bardzo wieloma narodami Europy – uczynimy dokładnie to samo.

 

 

Autor:

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Świat