Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

Jak Kreml zbudował teologię wojny. Mateusz Matyszkowicz o iluzji ogólnosłowiańskiej jedności

Dla ideologów rosyjskiej władzy agresja na Ukrainę jest świętą wojną o Świętą Ruś. Częścią wielkiego kłamstwa o Rosji jako ostatnim bastionie chrześcijaństwa, które niestety kusi także wielu konserwatystów - pisze Mateusz Matyszkowicz w "Gazecie Polskiej".

Jeśli państwo nie ma własnej opowieści, trzeba ją stworzyć. A jeśli wspólnota nie potrafi odnaleźć sensu, ktoś – najczęściej władza – musi go nadać.

Najlepiej sięgnąć po to, co daje się bez większego wysiłku ubrać w kostium historyczny. A jeszcze lepiej: w ramy religijne. Nic nie scala ludzi równie skutecznie jak religia, która potrafi pchnąć ich do działań wymagających samopoświęcenia, porzucenia dawnych tożsamości i przyjęcia nowych form.

Mit Moskwy jako Trzeciego Rzymu

Rosja po upadku Związku Radzieckiego i liberalnej smucie lat 90. wydawała się bytem pozbawionym sensu – wspólnotą, która nie zna ani swojej formy, ani tego, do czego miałaby dążyć. A jednak rozwiązanie leżało na wyciągnięcie ręki. I to niemal dosłownie: wystarczyło podejść do bibliotecznej półki i poświęcić wieczór na lekturę Borisa Uspieńskiego. On – wraz z innymi badaczami tartusko-moskiewskiej szkoły semiotycznej – już dekady wcześniej odkurzył, na potrzeby analizy historycznej, mit Moskwy jako Trzeciego Rzymu.

Uspienski prześledził proces formowania się nowożytnej świadomości rosyjskiej (bo wcześniejszej w sensie ideologicznym po prostu go nie było). Ta świadomość od czasów carskich rozwijała się wokół religijnego posłannictwa: przekazu prymatu w świecie chrześcijańskim. Najpierw był Rzym – stolica św. Piotra. Po nim, dla prawosławnych, Konstantynopol. A kiedy Bizancjum upadło, naturalnym – w rosyjskiej interpretacji – dziedzicem tej roli stała się Moskwa, nowy strażnik wiary, ostatni filar chrześcijańskiej cywilizacji.

Uspienski pokazuje, że nie wywodzi się on z „odwiecznej rosyjskości”, lecz z szeregu decyzji, katastrof i okazji dziejowych, i dzieje się to stosunkowo późno. Pierwszym kluczem było małżeństwo Iwana III z Zofią Paleolog – siostrzenicą ostatniego cesarza bizantyńskiego, przybyłą do Moskwy w 1472 roku. To ona wprowadziła na dwór moskiewski dwugłowego orła, symbol cesarstwa wschodniego, oraz bizantyński ceremoniał. Drugim momentem był upadek Konstantynopola w 1453 roku: po zagładzie drugiego Rzymu trzeba było wskazać miejsce, w którym trwa prawdziwa wiara. U spadkobierców prawosławnego Wschodu pojawiła się myśl, że jeśli dwa Rzymy upadły, to trzeci – Moskwa – ma trwać na wieki. Uspienski odwołuje się tu do listów i pism starców z monasteru Eleazarowskiego, zwłaszcza Filoteusza z Pskowa, który w latach 20. XVI wieku sformułował słynną formułę:

„Dwa Rzymy upadły, trzeci stoi, a czwartego nie będzie”.

Wojna, czyli religijna krucjata

W tym sensie prace Uspienskiego nie są miłe dla ucha rosyjskiego nacjonalisty. Ten mit rodzi się późno i w istocie powinien sprawiać rosyjskiej świadomości poważne kłopoty. Bo w istocie źródłem wschodniosłowiańskiej duchowości nie jest Moskwa, lecz Kijów – i jemu, gdyby trzymać się ciągłości historycznej, należałby się prymat. Moskwa przejęła go przez uzurpację, w okresie formowania się państwowego mitu, gdy potrzebowała legitymizacji imperialnej ciągłości. Rosyjski nacjonalista jednak tym się nie przejmuje, nie czyta Uspienskiego. On konsumuje uładzony ideologiczny ersatz produkowany przez współczesnych „proroków” w rodzaju Dugina – mit przerobiony, uproszczony, pozbawiony kontekstu, a przede wszystkim użyteczny politycznie.

A właśnie ten kontekst pozwala zrozumieć, dlaczego agresje z lat 2014 i 2022 mają dla Rosji rangę niemal metafizyczną. W logice tej władzy nie są to operacje militarne, lecz sakralne akty restytucji – próby przywrócenia rzekomego ładu duchowego świata słowiańskiego, w którym Moskwa ma być centrum, a Kijów „utraconą częścią świętej całości”. Dlatego rosyjska opowieść o wojnie musi przybrać postać religijnej krucjaty.

Co szczególnie znamienne, Putin nie czekał na rok 2014, by odwoływać się do tego konstruktu. Expressis verbis przywołał mit jeszcze wcześniej – bo, jak to u niego, pierwsze sygnały zmiany narracji zawsze pojawiają się w półoficjalnych „przeciekach”, wywiadach i komentarzach, które dopiero później stają się częścią doktryny państwowej. W 2003 roku, w rozmowie dla RIA Novosti, Putin posłużył się zarówno pojęciem „Świętej Rusi”, jak i „Trzeciego Rzymu”. Polemizował wprost z krytykami tej idei jako fantazmatu, określając ją „głęboką prawdą duchową i historyczną”. W ten sposób Kreml zaczął budować teologiczną ramę swojej przyszłej polityki imperialnej, której pełne rozwinięcie nastąpiło dopiero po Krymie.

Powrót do miejsca własnego duchowego początku

A kiedy w 2014 roku Rosja zajęła Krym i wkroczyła do wschodniej Ukrainy, Putin ponownie sięgnął po sakralną retorykę. Krym i Chersoń miały tu znaczenie szczególne, bo to właśnie tam – jak przypominał rosyjski przywódca – został ochrzczony św. Włodzimierz, symboliczny założyciel Rusi chrześcijańskiej. Ten gest nie był przypadkowy: Putin starał się wciągnąć aneksję Krymu w ciąg przyczynowy świętej historii, sugerując, że Rosja nie „okupuje” terytorium, lecz „powraca” do miejsca własnego duchowego początku. W przemówieniu przed Zgromadzeniem Federalnym z grudnia 2014 roku te odniesienia padły wprost: pojawiła się „Święta Ruś”, pojawiła się logika Trzeciego Rzymu – choć Kreml unikał literalnego cytowania formuły, żeby nie brzmiała zbyt archaicznie, sens ideologiczny został podany wprost.  

Następnie przyszedł rok 2021 i słynny esej Putina „O historycznej jedności Rosjan i Ukraińców”, de facto zapowiedź wojny, oraz jego pierwsze wypowiedzi po agresji. Tutaj retoryka stała się niemal manichejska. Putin wprost oskarżał Ukraińców o zdradę prawosławnej Rusi, o „sprzedanie się” Zachodowi, o odcięcie się od duchowego dziedzictwa. W tej rekonfiguracji świata starcie Rosji z Zachodem nie jest geopolityką, lecz eschatologią: liberalny Zachód występuje jako figura Antychrysta, a prawosławna Rosja – wzorem bizantyńskich cesarzy – jako katechon, siła powstrzymująca rozkład moralny i upadek. Prozachodniość Ukrainy stała się więc w tej narracji nie wyborem politycznym, lecz grzechem: zaprzedaniem się diabłu, tym bardziej dotkliwym, że dokonanym przez naród wschodniosłowiański i prawosławny.

Kłamstwo o niszczeniu prawosławnej Cerkwi

Jeśli jednak uważnie wczytamy się w te słowa, zrozumiemy, że jednym z egzystencjalnych sensów agresji na Ukrainę jest historyczne usankcjonowanie Moskwy jako centrum wschodniego – a przynajmniej wschodniosłowiańskiego – chrześcijaństwa. Dopóki patriarchat kijowski pozostaje hierarchicznie i politycznie niezależny od Moskwy, związany wyłącznie z Konstantynopolem, dopóty rosyjskie twierdzenie o własnym prymacie może być podważane.

W 2014 roku kluczowa była ziemia: zdobycie miejsca chrztu św. Włodzimierza miało dać Rosji sakralny argument nie do odparcia. W 2022 roku cel stał się ambitniejszy: zniszczyć Kijów jako przeszkodę w rosyjskim kłamstwie historycznym o przewodzeniu prawosławiu. Dlatego w pierwszych dniach inwazji Rosjanie z całą siłą parli na Kijów – nie tylko po to, by obalić rząd, lecz także by przerwać duchową ciągłość, która uniemożliwia Moskwie ogłoszenie się jedyną i ostateczną stolicą Wschodu.

I stąd też w wywiadzie dla Tuckera Carlsona – obok wielu innych kłamstw, których dziennikarz nie zadał sobie trudu sprostować – padło również to o rzekomym „niszczeniu przez Kijów prawosławnej Cerkwi”. Ta dezinformacja była potem powielana w konserwatywnych kręgach w USA i Europie, bo doskonale wpisywała się w narrację o „prześladowaniu chrześcijan” przez prozachodni rząd ukraiński. W rzeczywistości sprawa wygląda dokładnie odwrotnie: Kijów, broniąc kościelnej i politycznej niezależności, odmówił uznania zwierzchnictwa Patriarchatu Moskiewskiego nad ukraińskimi wiernymi.

To właśnie ta odmowa – a nie jakiekolwiek „niszczenie Cerkwi” – była dla Putina punktem wyjątkowo zapalnym. Bo aby uwiarygodnić swoje kłamstwo i utrzymać spójność własnej teologii politycznej, Moskwa musi wykazać, że sprawuje pieczę nad Cerkwią kijowską. Bez tego jej narracja o duchowym dziedzictwie, misji, Trzecim Rzymie i katechonie sypie się jak domek z kart. Dlatego w rosyjskiej propagandzie kościelna niezależność Ukrainy musi zostać przedstawiona nie jako akt emancypacji, lecz jako „zdrada”, „herezja” albo „prześladowanie prawdziwych wiernych”. Kreml potrzebuje tego kłamstwa jak powietrza, bo to ono podtrzymuje iluzję ogólnosłowiańskiej jedności, na której zbudował swoją sakralną ideologię wojny.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane