Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

Trypolis-Warszawa, wspólna sprawa?

Tak jak biznesmeni wiedzą, że sukces wymaga posiadania wielu aktywów, a celebryci mają świadomość, że muszą tu i ówdzie bywać, tak politycy i dyplomaci odpowiedzialni za bezpieczeństwo państwa

Autor:

Tak jak biznesmeni wiedzą, że sukces wymaga posiadania wielu aktywów, a celebryci mają świadomość, że muszą tu i ówdzie bywać, tak politycy i dyplomaci odpowiedzialni za bezpieczeństwo państwa powinni rozumieć, że interesy państwa zabezpiecza się, prowadząc politykę na różnych płaszczyznach. Nikt rozsądny nie oczekuje, abyśmy hasali po świecie z polskimi oddziałami ekspedycyjnymi. Ale aby uzyskać zainteresowanie polskich sojuszników i partnerów naszymi interesami w regionie, musimy interesować się problemami innych państw i terytoriów. Musimy tam bywać, a najlepiej istnieć politycznie, dyplomatycznie i gospodarczo. Czasem po to, aby oczekiwać wzajemności i solidarności, ale często też, aby te „uczucia” wymusić!

Kiedy rozpoczęła się rewolta, wydawało się, że świat ma jasne rozeznanie sytuacji i łatwo potrafi wskazać pozytywnych i negatywnych bohaterów wydarzeń libijskich. Wydawało się też, że świat posiada odpowiednie instrumenty i doświadczenie, by poradzić sobie z taką sytuacją. Liczne bowiem operacje pokojowe, zaangażowanie w krwawych kryzysach na Bałkanach, w Afganistanie i Iraku, powinny pozwolić takim instytucjom jak ONZ, NATO czy Unia Europejska podejść do sytuacji w Libii w sposób rutynowy. Przekonywano nas też, że po wejściu w życie traktatu lizbońskiego oraz nowej koncepcji strategicznej NATO obie instytucje są dobrze przystosowane do reagowania na podobne kryzysy. Jednak rzeczywistość skrzeczy i obserwujemy niesłychanie chaotyczne zachowanie świata wobec kryzysu libijskiego. Warto zatem prześledzić zachowanie świata i jego instytucji w tej kryzysowej sytuacji w kontekście ewentualnego, podobnego kryzysu za naszymi wschodnimi granicami.

Negatywny test Unii Europejskiej

Od czasu bałkańskiej traumy, kiedy Europa nie potrafiła sobie poradzić z konfliktem na swoim kontynencie, trwa nieustanna transformacja Unii, proces rozwijania antykryzysowego instrumentarium. Co jakiś czas Europa triumfalnie obwieszcza, że już zdołała rozwinąć kolejne zdolności zarządzania kryzysami. Wszystko to oczywiście nie jest wymierzone przeciwko NATO i Amerykanom, te wysiłki miały być prawie bezkosztowe i nie powinny dublować istniejących już rozwiązań. Od lat Unia przekonywała nas też o sprawności polityki sąsiedzkiej na wszystkich kierunkach. Wreszcie traktat lizboński – jak przekonywali euroentuzjaści – miał stworzyć z Unii bardziej spójny twór w dziedzinie polityki zagranicznej i sprawną organizację kierowaną kompetentnie przez „prezydenta” i „ministra spraw zagranicznych” dla ogólnoeuropejskiego dobra.

Mimo tych zapewnień i obwieszczanych sukcesów o świetnym systemie antykryzysowym, grupach bojowych, europejskich operacjach czy dialogu z sąsiadami na południu, kryzys w Afryce Północnej obnażył niemoc tej instytucji. Wobec wydarzeń w Tunezji i Egipcie Unia okazała się prawie bezradna. Nie była w stanie „zarządzać” tymi kryzysami na swoim przedpolu mimo wielu lat współpracy z tym regionem. Przedstawiła jedynie kilka tradycyjnych pakietów pomocowych z arsenału „soft power”, wobec Libii zdobyła się na przyjęcie kilku rutynowych sankcji w obliczu krwawych wydarzeń. Mocarstwa europejskie podzieliły się następnie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ przy przyjmowaniu rezolucji o zakazie lotów nad Libią, a Niemcy, wstrzymując się od głosu, potwierdziły brak wspólnej polityki zagranicznej Unii. Niechęć zaś do omawiania jakiejkolwiek europejskiej akcji wojskowej w ramach tej organizacji dobitnie dowodzi, że dywagowanie nad jakąś wspólną polityką obronną czy europejską armią jest zajęciem jałowym. Należy mieć nadzieję, że Warszawa nie będzie się już upierała, aby jednym z priorytetów prezydencji był rozwój wspólnej polityki obronnej. Nie może być priorytetem coś, czego Europa nie chce.

Dla Polski płyną z powyższego cierpkie wnioski. Unia Europejska nie jest klubem altruistów i przy poważnych kryzysach jest oczywiste, że duże państwa będą kierować się bardziej interesem narodowym niż wspólnotowym. Jednak Warszawa w przypadku takiego kryzysu na skraju Europy nie może zajmować biernej postawy. Tym bardziej że za chwilę będziemy sprawować prezydencję unijną. Powinniśmy zatem zabiegać o powstanie solidarnego stanowiska Unii i jednocześnie baczyć, czy nasze interesy nie są zagrożone. Możemy wspierać wysiłki na rzecz stworzenia pakietów pomocowych dla Afryki Północnej, ale powinniśmy strzec, aby nie odbywało się to kosztem zmniejszenia finansowania polityki wschodniej Unii. A proces taki już został uruchomiony w lutym br., kiedy to grupa państw południowej Europy zażądała przesunięcia środków finansowych z polityki wschodniej na pakiety pomocowe dla Afryki i Bliskiego Wschodu.

Powinniśmy też stanowczo domagać się tworzenia jednolitych zasad polityki sąsiedztwa, uwarunkowania dostarczanej pomocy europejskiej od postępów demokratyzacji w krajach sąsiedzkich, a jednocześnie nie zgadzać się na różne standardy, odmienne dla kandydatów do członkostwa w Unii ze wschodu Europy i tych spoza Europy. Przede wszystkim powinniśmy jednak posiadać aktywa na południu, aby mieć możliwość skutecznego zabiegania o realizację priorytetów na wschodzie. Tymi aktywami nie musi być eskadra samolotów F-16 na Morzu Śródziemnym czy flotylla naszych okrętów. W tym kontekście warto przypomnieć, że jeszcze niedawno kilkuset naszych żołnierzy brało udział w operacjach pokojowych ONZ w Libanie i na Wzgórzach Golan na pograniczu syryjsko-izraelskim. Szkoda, że Polska wycofała się z tych operacji finansowanych przez ONZ.

Takimi aktywami powinna być nasza rozwinięta, czynna polityka na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Rozwinięte relacje gospodarcze oraz pełna inwencji dyplomacja promująca na przykład sukcesy środkowoeuropejskiej transformacji. Doświadczenia współpracy i wysoka wiedza ekspercka jest równie cenna w czasie dyskusji brukselskich nad problemami państw arabskich jak wkład wojskowy. Nie wysyłając jednostek bojowych, moglibyśmy jednak wysłać na granice libijskie (szczególnie po egipskiej stronie) logistyków i żandarmów wojskowych dla wsparcia organizacji humanitarnych w obozach uchodźców. Byłby to widoczny znak zaangażowania i polityczny instrument do utrzymania naszej aktywności w polityce europejskiej wobec kryzysu arabskiego. Tego typu działania były od lat specjalnością polską w operacjach pokojowych, ostatnio w Kongo i Czadzie.

Polska asertywność potrzebna!

Tak jak biznesmeni wiedzą, że sukces wymaga posiadania wielu aktywów, a celebryci mają świadomość, że muszą tu i ówdzie bywać, tak politycy i dyplomaci odpowiedzialni za bezpieczeństwo państwa powinni rozumieć, że interesy państwa zabezpiecza się, prowadząc politykę na różnych płaszczyznach i kierunkach, zwaną potocznie „grą na wielu fortepianach”. Nikt rozsądny nie oczekuje i nie wymaga, abyśmy hasali po świecie z polskimi oddziałami ekspedycyjnymi. Ale aby uzyskać zainteresowanie naszych sojuszników i partnerów politycznych naszymi żywotnymi interesami w regionie, musimy interesować się problemami innych państw i terytoriów. Musimy tam bywać, a najlepiej istnieć politycznie, dyplomatycznie i gospodarczo. Czasem po to, aby oczekiwać wzajemności i solidarności, ale często też, aby te „uczucia” wymusić!

Całość artykułu Witolda Waszczykowskiego w najnowszym wydaniu tygodnika “Gazeta Polska”

Program obchodów rocznicy katastrofy smoleńskiej - TUTAJ

Już 6 kwietnia w pamiątkowym numerze "Gazety Polskiej" poruszający film DVD "10.04.10" i naklejka

Polecamy także specjalne wydanie "Nowego Państwa" - "Smoleńsk. Kulisy katastrofy"


Autor:

Źródło:

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Świat