- Pamiętam, że była piękna pogoda. Zielone sosny i słońce, czyste niebo. Tęskniąc za mamą, siedziałam u polskiej babci Rozy w Gniezdowie, gdy nagle wpadła do izby babuszka z Kozich Gór, też Polka - opowiada Turczenkowa, której ojciec był Łotyszem, a mama Polką.
- Płacze, trzęsą jej się ręce i głowa. „Roziczka! - mówi - Może ja u Ciebie trochę pomieszkam? Nie mogę tam być. Strzelają dzień i noc. Tam, gdzie i nasi leżą!" - relacjonuje Turczenkowa.
W Katyniu wśród tysięcy ofiar stalinowskich represji z lat 20. i 30. spoczywa aż siedmiu jej krewnych, w tym ojciec i dwóch jego braci, oraz dwoje krewnych ze strony matki.
- Nie pamiętam, co mieliśmy na sobie, ani co jedliśmy, ale te słowa utkwiły mi w głowie. Nigdy babci i babuszki nie spytałam o to wydarzenie. Rozumiałam, że o to nie wolno pytać - dodaje.
Turczenkowa uważa, że jest jeszcze wiele do zrobienia, jeśli chodzi o upamiętnienie ofiar represji stalinowskich.
- Trzeba przywrócić historyczną sprawiedliwość. Konieczne jest określenie odpowiedzialności za te zbrodnie. Chciałabym, żeby kiedyś zajął się tym międzynarodowy trybunał. I żeby powiedziano wprost, że to była podłość. Ale to długa droga. Trzeba dostukać się do każdego serca - powiedziała.