Obama nazwał jednak kosztownym błędem ewentualne odsunięcie Muammara Kadafiego przy użyciu siły. Przypomniał, że USA od pokoleń odgrywają szczególną rolę obrońcy bezpieczeństwa i wolności na świecie. "Kiedy nasze interesy i wartości są zagrożone, mamy obowiązek działania" - przekonywał.
Operacja w Libii spotkała się z krytyką różnych stron amerykańskiej sceny politycznej, także Kongresu. Przeciwni tej decyzji byli nie tylko Republikanie, ale także demokratyczny członek Izby Reprezentantów Dennis Kucinich, który nazwał interwencję "przestępstwem podlegającym impeachmentowi". Później wyjaśniał, że nie jest to brane pod uwagę.
Prezydent przedstawił operację koalicji w Libii jako akcję humanitarną w obronie ludności cywilnej, usprawiedliwioną interesem narodowym. Powołał się na mandat wynikający z rezolucji 1973 Rady Bezpieczeństwa ONZ. Wskazał przy tym, że wbrew ostrzeżeniom Kadafi nie zaprzestał przemocy i kontynuował śmiercionośną kampanię; tylko jednego dnia jego siły zabiły 1000 ludzi.
Obama kilkakrotnie podkreślił, że Waszyngton nie podjął jednostronnej decyzji, lecz bierze udział w operacji jako członek międzynarodowej koalicji, m.in. obok Wielkiej Brytanii, Francji, Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Już w środę kontrolę nad akcją przejmie NATO, a USA przypadnie rola pomocnicza. Dostarczą m.in. informacji wywiadowczych, wsparcia logistycznego oraz zablokują system komunikacji sił reżimu. Nie wyślą natomiast wojsk lądowych.
W swoim przemówieniu Obama ogłosił także, że przekazanie NATO dowództwa nad operacją koalicji odbędzie się w środę.