Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Wojciech Mucha,
08.01.2016 14:58

Niemiecki lament, węgierski przykład

W środę wieczorem pół żartem, pół serio wyraziłem na Twitterze zaniepokojenie. Oto mijał już prawie cały dzień bez atakującego Polskę tekstu z niemieckiej prasy.

W środę wieczorem pół żartem, pół serio wyraziłem na Twitterze zaniepokojenie. Oto mijał już prawie cały dzień bez atakującego Polskę tekstu z niemieckiej prasy. Coś musiało się stać – pomyślałem. Czyżby o nas zapomnieli?

Moje nerwy ukoił wczoraj rano internetowy serwis „Gazety Wyborczej”, który przez długie godziny bił czytelników po oczach tłumaczeniem komentarza zamiesz-czonego w „opiniotwórczym i poczytnym” „Sueddeutsche Zeitung”. „Orbán pewnie powiedział Kaczyńskiemu, że Unia warczy, ale nie gryzie” – grzmiał nagłówek omówienia tekstu autorstwa Floriana Hassela. Jak się bowiem okazało, środowe spotkanie obu polityków rozgrzało wyobraźnię nie tylko w mediach nad Wisłą i Dunajem.

Co też znajdujemy w skrócie tekstu Niemca? Ano nic odkrywczego. Powtarzane są de facto wszystkie argumenty – cepy, jakich w Polsce pełno w codziennych programach publicystycznych z udziałem polityków byłej władzy. Jest więc o tym, że „PiS, choć wygrał, to przegrał” (bo głosowało na tę partię jedynie 37,5 proc. z połowy uprawnionych), że na polskie ulice wyszło już tyle a tyle oburzonych na władzę Polaków, że „PiS przejmuje kontrolę nad tym i owym” (wymienia się sądy, prokuratury i stanowiska). Oczywiście próżno szukać u Niemca informacji o wielotysięcznym marszu poparcia dla partii rządzącej z 13 grudnia ub.r. Ani słowa nie ma też o tym, że wszystkie działania rządu mają umocowanie prawne etc. „Absolutna większość w parlamencie była możliwa tylko dzięki rozbiciu opozycji” – tłumaczy Hassel. Nie tłumaczy jednak, na czym to rozbicie miałoby polegać. Może na kumulacji afer, które zaprowadziły opozycję na margines? Może na pogardzie, a w najlepszym razie obojętności, jaką wobec zwykłych Polaków prezentowano przez długie lata? Może na nieudolności w sprawowaniu mandatu, która zamiast projektów ustaw, każe „liderowi opozycji”, na jakiego kreuje się Ryszard Petru, zgłaszać zamiast projektów ustaw wnioski o przerwę, a byłej partii władzy wychodzić z sali obrad lub rozkładać na jej fotelach niezrozumiałe kartoniady?

Wróżenie z fusów

Główną osią, na jakiej zasadzony jest komentarz Floriana Hassela, jest wzmożenie z powodu środowego spotkania Jarosława Kaczyńskiego z Viktorem Orbánem, do którego doszło w małopolskiej Niedzicy. I choć podobnie jak większość komentatorów, Hassel nie ma bladego pojęcia, cóż mogło się przez te sześć godzin dziać, nie przeszkadza mu to spekulować, że zapewne Orbán „uspokajał Kaczyńskiego”, że „Unia warczy, ale nie gryzie”. Cóż, przynajmniej w tym ostatnim ma rację.

O co chodzi? Ano unijni biurokraci i idący im w sukurs komentatorzy w kraju i za granicą (a także z powodów oczywistych politycy naszej opozycji) zwyczajnie nie mogą dopuścić do siebie, że może istnieć jakiś równoległy, alternatywny pomysł na prowadzenie polityki w obrębie UE. Inny niż ten, kiedy kraje członkowskie ślepo godzą się na niemiecko-brukselskie dyktaty, relokacje, regulacje i inne wynalazki, mające „ulepszyć” nam życie. Pomysł inny od bezrefleksyjnej polityki imigracyjnej skutkującej zajściami, jak tuszowany przez niemieckie mass media horror kobiet molestowanych w sylwestrową noc na dworcu w Kolonii. Inny niż rugowanie tradycyjnych wartości z życia publicznego, niż oferowanie nihilistycznej pustki lub dawno skompromitowanego projektu multi-kulti. Projektu, którego owoce było widać nawet wczoraj, gdy dokładnie rok po zamachach na redakcję francuskiego periodyku „Charlie Hebdo” kolejny zamachowiec-terrorysta zaatakował, tym razem paryski komisariat policji.

Podobieństwa i różnice

W najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska” piszę o tym, że wynik ostatnich wyborów prezydenckich i parlamentarnych pokazuje, iż Polska i Polacy prawdopodobnie zrozumieli swoją niecałkowitą przynależność do obecnego formatu Unii Europejskiej. Że Warszawa po wielu latach głośno mówi, że konstrukcja, w którą ją wpasowano, chwieje się i wymaga zbudowania od nowa, na innych, trwałych fundamentach. Co jednak dostajemy w zamian? Straszy się nas wykluczeniem, wyrzuceniem poza nawias. To nie ci nieproszeni goście, którzy dobijają się do drzwi Starego Kontynentu, stają się zagrożeniem. Staje się nim Polska – dotychczasowy ubogi krewny, który postanowił spłacić kredyt, zbudować swój dom od nowa i mieć wreszcie coś do powiedzenia przy rodzinnym, europejskim stole. Stole, przy którym dotąd był traktowany jako nieznośna konieczność lub ktoś od czarnej roboty.

Podobny los spotkał Węgry, które po zwycięstwie Fideszu i sanacji zaprowadzonej przez Orbána po katastrofalnych rządach postkomunistycznej lewicy, zdecydowały się na radykalną przemianę ustrojową i gospodarczą, a także kontrrewolucję w sferze wartości.

Orbán przetrwał, choć atak na premiera Węgier i kierowany przez niego rząd był potężny. Wygrał własnym uporem i poparciem obywateli, którzy nie obawiali się wyjść na ulice w marszach zbierających po kilkaset tysięcy osób. Wiedzą o tym także czytelnicy Strefy Wolnego Słowa, których tysiące brało udział w kolejnych Wielkich Wyjazdach na Węgry, wyrażając solidarność z bratnim narodem i domagając się podobnych do węgierskich przemian – osławionego „Budapesztu w Warszawie”.

Dziś, kiedy Prawo i Sprawiedliwość ma mandat do przeprowadzenia zmian, które były tak wyczekiwane, warto patrzeć na węgierski przykład. Na jego sukcesy i porażki. Do tych pierwszych należy zaliczyć uniezależnienie się od unijnych instytucji, poprawę stanu finansów publicznych, spadek bezrobocia czy wreszcie wzrost gospodarczy. Węgrzy poczuli się gospodarzami we własnym kraju.

Plusy dodatnie i ujemne

Ale by dodać do tej beczki miodu łyżkę dziegciu, muszę zaznaczyć, że nie jestem zwolennikiem wszystkich zmian, które wprowadza na Węgrzech Viktor Orbán. Poza opisywanym dziś na łamach „Codziennej” flirtem energetycznym, w jaki wdał się z Władimirem Putinem, obraz zmian nad Dunajem psują niejasne przepisy dotyczące choćby mediów publicznych, czy te, które nomenklaturze wywodzącej się ze środowiska Orbána dały do ręki ponadstandardową władzę i pieniądze. Psuje węgierski obrazek wzrost szowinistycznych nastrojów, podsycanych przez część parlamentarnej opozycji, a także udział w życiu publicznym polityków, których okres świetności przypadał długo przed 1989 r.

To jednak też przykład dla środowiska PiS u, jak postępować nie należy. Orbán działał w nieporównywalnie trudniejszej sytuacji, był pierwszy, który podjął się zmian na taką skalę, warto więc uczyć się także na błędach, które popełnił. Prawdopodobnie i tego dotyczyć mogło środowe spotkanie prezesa PiS u i prezesa Fideszu – Kaczyńskiego i Orbána. Spotkanie, które tak przeraziło zarówno „Wyborczą” jak i „Seuddeutche Zeitung”.

Ocena sytuacji w Polsce czyniona przez liberalne media w kraju i za granicą prawdopodobnie się nie zmieni. W dalszym ciągu będziemy „młotkowani” cytatami z kolejnych „opiniotwórczych” tytułów, wieszczących nadejście w Polsce „wszystkiego, co najgorsze”. Ale co do jednego prawdopodobnie rację ma Florian Hassel, autor komentarza w niemieckim dzienniku: Unia warczy, ale nie gryzie.

Cóż, to bardzo dobrze, że media są zainteresowane kulisami spotkania Jarosława Kaczyńskiego z Viktorem Orbánem. Spotkania wpływowych polityków zawsze budzą emocje. Szkoda, że z podobną gorliwością nie dociekano, o czym rozmawiali na molo w Sopocie Donald Tusk z Władimirem Putinem, czego dotyczyły spotkania Bronisława Komorowskiego z Nikołajem Patruszewem, wysokim oficerem KGB, czy też Aleksandra Kwaśniewskiego, który ongiś spotkał się z rosyjskim agentem Władimirem Ałganowem. Tego już się nie dowiemy. W zamian zapewne doczekamy się w mediach głównego nurtu kolejnego przetłumaczonego komentarza z niemieckiej prasy. Zapewne polscy i zachodni komentatorzy już dziś oburzą się z powodu podpisanej wczoraj przez prezydenta Andrzeja Dudę ustawy medialnej. Ze względu na „łamanie wolności słowa” i „upolitycznienie mediów” wyrażą oburzenie zapewne także te media niemieckie, które przez długie dni nie zająknęły się na temat dramatu kobiet z Kolonii. Oburzą się, ale nie ugryzą. I sami o tym wiedzą.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE