Zapowiadając walkę "do ostatniej kropli" krwi, wezwał armię i policję do ponownego przejęcia kontroli nad sytuacją. Zagroził wszystkim uzbrojonym manifestantom karą śmierci.
W ponadgodzinnym przemówieniu, podczas którego krzyczał i walił pięścią w pulpit, oświadczył, że jest libijskim wojownikiem, który przyniósł Libijczykom chwałę, i że umrze jako męczennik.
"Muammar Kaddafi nie piastuje oficjalnego stanowiska, z którego mógłby ustąpić. Muammar Kaddafi jest przywódcą rewolucji, co jest jednoznaczne z poświęceniem do ostatnich dni. To mój kraj, kraj moich rodziców i przodków" - powiedział.
Zapewnił, że nie ma nic przeciwko temu, by naród miał nową konstytucję i nowe prawa. Według niego nowa republika może narodzić się choćby jutro. "Libijczycy mają swobodę, bo władza jest w rękach ludu" - dodał. "Ale pokojowe protesty to jedno, a zbrojna rebelia to drugie" - podkreślił.
O wywołanie zamieszek obwinił młodzież, która jego zdaniem kopiuje wydarzenia w innych państwach arabskich. Demonstrantom zarzucił, że zostali otumanieni narkotykami i przekupieni przez "małą, chorą grupę", by atakować policję i budynki rządowe. Według niego, chcą oni przeobrazić Libię w państwo islamskie.
Kanclerz Niemiec Angela Merkel oceniła we wtorek, że wystąpienie libijskiego przywódcy Muammara Kadafiego było "przerażające", i zażądała zaprzestania przemocy wobec demonstrantów w Libii.
Zdaniem Merkel przywódca Libii "w zasadzie wypowiedział wojnę własnemu narodowi". Pani kanclerz zagroziła, że jeśli represje wobec demonstrujących mieszkańców tego kraju nie ustaną, Berlin rozważy inne środki nacisku, w tym sankcje.