Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

Specjalnie dla nas - o farsie Łukaszenki

Głosowania, które się właśnie zakończyło na Białorusi, nie nazwałbym  wyborami. To działanie poniżej standardu afrykańskiego.

Autor:

Głosowania, które się właśnie zakończyło na Białorusi, nie nazwałbym  wyborami. To działanie poniżej standardu afrykańskiego. A wyniki zawsze będą takie, jakich sobie zażyczy dyktator Łukaszenka – mówi Andrej Żukawiec, białoruski opozycjonista i obrońca praw człowieka, w rozmowie z Niezależną.pl.

Po co właściwie na Białorusi organizowane są wybory? Skoro i tak wiadomo, kto je wygra, a wyniki opozycji będą zawsze sfałszowane?
Wybory organizuje się tylko i wyłącznie dla kamuflażu. Żeby społeczność międzynarodowa przekonała się, że władza prezydenta Łukaszenki jest legalna. Dlatego wybory są po prostu zwykłą farsą w wykonaniu dyktatora. Według jego scenariusza i w jego reżyserii.

To niesłychane, że niemal w środku Europy można sobie dowolnie zmieniać wyniki głosowania. Przestawiać ludzi niczym pionki na szachownicy...
Wyniki będą zawsze takie, jakich osobiście będzie sobie życzył dyktator. Na Białorusi nie można nawet mówić o władzy. Tam żadnego systemu władzy nie ma. Nie rządzi żadna formacja. Liczy się tylko i wyłącznie wola jednego człowieka – Aleksandra Łukaszenki. Dlatego głosowania, które się właśnie zakończyło, nie nazywam wyborami. To jakieś działania poniżej standardu afrykańskiego. Choć może obrażam któreś z młodych afrykańskich państw, które dopiero uczą się demokracji. Dzisiejsze standardy na Białorusi są z pewnością niższe. Dyktator z Mińska odgrywa taką komedię demokracji. I puszcza oko do Zachodu, że niby jest ona inna w Niemczech czy we Francji, a inna w jego państwie.

Rozbita i podzielona białoruska opozycja nie ma chyba szans na to, by zdemaskować ten polityczny cyrk?
Niestety, białoruskie służby specjalne zajęły się bezpośrednio i skutecznie tym, by opozycja była podzielona i nieskuteczna. Nawet ostatnie „wybory” pokazały, że nie jest w stanie mówić jednym głosem. Część opozycji – jak moja partia, Białoruska Chrześcijańska Demokracja – wzywała, by tę farsę bojkotować. Ale Łukaszenka zdołał przekonać innych opozycjonistów, że trzeba pójść na głosowanie.

Co nimi kierowało? Zostali zmanipulowani, czy może liczą na jakąś współpracę z dyktatorem?
Nie sądzę, by wierzyli we współpracę z Łukaszenką. Mają jakieś swoje plany polityczne, ale uważam, że popełniają błąd i wykazują się naiwnością. Na Białorusi nie ma i dokąd rządzi Łukaszenka nie będzie żadnych demokratycznych, uczciwych instytucji. Ani wyborów. On po prostu rządzi państwem jak kiedyś kołchozem, gdzie był dyrektorem. Jest władcą absolutnym i udaje, że dostosowuje się do współczesnych warunków. To jest zwykła, okrutna i brutalna dyktatura. Jej racją bytu jest poparcie ze strony Rosji, która też zmierza w stronę dyktatury. Ale taka Białoruś jest dla Kremla wygodna. Może zawsze na jej tle przedstawiać się jako państwo demokratyczne, co przecież jest nieprawdą. W Mińsku zaś demokratyczne i niezależne instytucje powstaną dopiero po upadku obecnego reżimu.

Nie traci Pan wiary, że to kiedyś nastąpi?
Łukaszenka sam władzy na pewno nie odda. Przegrywa wybory, ale każe je fałszować i rządzi dalej. Osobiście uważam, że usunąć dyktatora może tylko i wyłącznie wybuch społeczny. To będzie jednak bardzo trudny i długotrwały proces. Ale mam nadzieję, bo Łukaszenka gospodarką państwa kieruje bardzo nieudolnie, niczym gospodarką w kołchozie. Wygląda na to, że to może doprowadzić do wybuchu społecznego, który pozbawi go dyktatorskiej władzy. 

Obrońcy praw człowieka, aktywnie działający w czasie wyborów na Białorusi alarmują, że zatrzymano już ponad 20 niezależnych obserwatorów, którzy informowali o nieprawidłowościach związanych z pracami komisji wyborczych i liczeniem głosów.

Milicja zatrzymuje obserwatorów pod pretekstem ustalenia, czy nie są oni przypadkiem nielegalnymi imigrantami. Jeden z milicjantów otwarcie przyznał, że funkcjonariusze interweniowali, ponieważ otrzymali informację, że w Mińsku Przebywa nielegalnie grupa cudzoziemców.

Tymczasem, jak się okazuje obserwatorzy alarmowali opinię publiczną i obrońców praw człowieka, że w kontrolowanych lokalach wyborczych rzeczywista frekwencja wyborcza jest znacznie niższa, niż ta podawana w oficjalnych komunikatach. Różnice sięgają niemal 19 proc. Sporo zastrzeżeń obserwatorzy mają też do komisji wyborczych, w skład których weszli tylko nieliczni przedstawiciele opozycji i niezależnych środowisk. Wewnątrz komisji często stosowano naciski na poszczególnych członków. Przedstawiciele misji obserwacyjnej OBWE stwierdzili, że wybory na Białorusi nie były ani wolne, ani bezstronne.




 

Autor:

Źródło:

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE Świat