- Jednym z najbardziej poważnych generatorów takich krajowych i międzynarodowych statystyk jest amerykański The Guttmacher Institute (GI). Instytucja ta jest nie tylko proaborcyjna, ale została specjalnie stworzona do celów „naukowych” przez Planned Parenthood (największego amerykańskiego providera aborcji), więc jej obiektywizm możemy włożyć między bajki. Pochodzące od GI dane mogą być niedokładne z wielu powodów. Po pierwsze, w przypadku Stanów Zjednoczonych oparte są one na tym, co w formie badań ankietowych, dobrowolnie, co 3-4 lata zgłaszają jej abortoria (tzw. kliniki aborcyjne). Jak podaje Dennis Howard z The Movement for a Better America, prawdziwe liczby mogą być o 20-30 procent wyższe, gdyż „aborcje” z powikłaniami i opłacane gotówką mogą być celowo zatajane - tłumaczy Natalia Dueholm, publicystka, a zarazem inicjatorka Listu Dziennikarek przeciwko aborcji.
Na łamach serwisu pch24.pl Natalia Dueholm tłumaczy, że w USA nie ma prawa federalnego, które nakładałoby na providerów obowiązek dostarczania informacji, a nawet gdyby takie prawo funkcjonowało, nie gwarantowałoby prawdziwości przedstawianych danych. Okazuje się także, że prezentowane w statystykach liczby dotyczą najczęściej jedynie metody chirurgicznej. W statystykach przemilczane są natomiast wszystkie przypadki aborcji farmakologicznych przy użyciu RU-486, tzw. antykoncepcji postkoitalnej czy spirali.
Prezentowanie danych w taki właśnie sposób ma służyć przekonaniu opinii publicznej, że proaborcyjne prawa wpływają na obniżenie liczby aborcji.
- Z drugiej strony, organizacje proaborcyjne mogą celowo zawyżać dane w krajach, gdzie zabijanie nienarodzonych jest nielegalne, aby udowodnić, że prawo chroniące życie nie działa. Lobby to ma w tym interes polityczny (aby prawa zmienić) i finansowy (aby rozwinąć sieci providerów) - tłumaczy Natalia Dueholm.
