Spór między tenisistami a organizatorami turniejów wielkoszlemowych
Choć tenis sprawia wrażenie sportu lukratywnego, to w rzeczywistości jest nim tylko dla dość wąskiej grupy najlepszych. Biorąc pod uwagę, jak duże koszty ponosi zawodnik, m.in. w postaci pensji dla członków sztabu, pokrywania ich przelotów i zakwaterowania, na spokojne funkcjonowanie mogą sobie pozwolić ci, którzy plasują się w najlepszej setce singlowego rankingu.
W porównaniu do innych dyscyplin jest to garstka. W samej NBA w 30 klubach na standardowych kontraktach jest łącznie 450 koszykarzy. W świetnie opłacanej angielskiej Premier League 20 ekip ma 500 piłkarzy. Mówimy o pojedynczych rozgrywkach w poszczególnych krajach.
W tenisie finansowy spokój dla najlepszej setki wynika z tego, że ta grupa ma zapewniony udział w imprezach Wielkiego Szlema. Ktoś, kto w 2025 roku wystartował we wszystkich czterech i od razu odpadł w pierwszej rundzie, zarobił łącznie równowartość ok. 1,4 mln złotych brutto.
Zarobki w Szlemach są najwyższe, ale ich organizatorzy na pulę nagród przeznaczają tylko w okolicach 15 procent przychodów. To jest właśnie główny punkt sporu między nimi a zawodnikami. W turniejach rangi 250, 500 i 1000 organizatorzy na nagrody przeznaczają od 20 do 40 proc. przychodów.
Choć pule nagród w Wielkim Szlemie systematycznie rosną, to zawodnicy mają poczucie, że 15-procentowa część jest wysoce niesprawiedliwa. Stowarzyszenie Zawodowych Tenisistów (PTPA) w ubiegłym roku zdecydowało się na pozew oskarżając m.in. organizatorów Szlemów o nieuczciwe praktyki. W grudniu zawarto ugodę z Australian Open, której szczegółów nie ujawniono.
- Nagrody nie wzrosły wystarczająco, biorąc pod uwagę wzrost wpływów spowodowany tym, że turniej zaczyna się w niedzielę
- zwróciła uwagę Linette.
- Na Szlemach mamy też mniej możliwości zarabiania, choćby przez to, że musimy ograniczyć naszywki sponsorskie. Jesteśmy ograniczani, a nie mamy nic do powiedzenia - dodała.
Co na to organizatorzy Szlemów?
Organizatorzy Szlemów są powściągliwi w komentowaniu całej sytuacji. O ile w ogóle się na to decydują, to podkreślają, że ponoszą znacznie więcej kosztów niż tylko same nagrody. Zwracają uwagę na konieczność dofinansowywania innych turniejów w swoich krajach, rozgrywek juniorskich czy choćby stałą rozbudowę infrastruktury.
Sytuację tenisistów długo utrudniało to, że są środowiskiem bardzo zindywidualizowanym. Wypracowywanie wspólnego stanowiska, organizowanie się, udaje im się od niedawna. W Paryżu w ramach protestu zapowiedzieli, że obowiązki wobec mediów będą wypełniać tylko przez 15 minut (na znak 15-procentowego udziału w przychodach). Z 10 najlepszych zawodniczek i zawodników niemal wszyscy wzięli udział w akcji. Wcześniej, przy okazji turnieju w Rzymie, pierwszy raz pojawiło się słowo "bojkot" jako potencjalna metoda nacisku.
- Przez rok doczekaliśmy się tylko małej odpowiedzi, więc teraz próbujemy czegoś nowego. Chodzi o szacunek. Mówi się głównie o puli nagród, ale nam też chodzi o inne rzeczy, jak świadczenia emerytalne
- podkreślił lider rankingu Jannik Sinner.
- Chodzi nam o to, żeby turniej robił więcej nie tylko dla nas, zawodników z czołówki, ale również dla niżej notowanych i całej struktury - powiedziała Iga Świątek.
Skruszyć stanowisko organizatorów imprez wielkoszlemowych będzie im ciężko przede wszystkim dlatego, że ci mają praktyczny monopol na funkcjonowanie. O ile mniejsze turnieje mogą znikać z kalendarza, gdy wygaśnie umowa i jakaś lokalizacja zaproponuje lepsze warunki, to Australian Open, French Open, Wimbledon i US Open są nie do ruszenia.
- Główną kwestią jest to, że nie mamy żadnego wpływu na to, co robią Wielkie Szlemy. Jest bardzo trudno wymyśleć coś, żeby zwrócić ich uwagę i żeby w ogóle chciały z nami porozmawiać
- podsumowała Linette.
Na szali są miliony dolarów, szkoda byłoby więc nie próbować.