W Krakowie 32-letnia Lublinianka, która na początku roku poinformowała, że po tym sezonie zakończy karierę, szczęścia nie miała. W pierwszym tegorocznym starcie dotarła do finału rozgrywanego po raz pierwszy w historii na czterech - zamiast dwóch - torach, ale w decydującej rozgrywce popełniła falstart.
- Ten falstart to był dla mnie czysty szok. Pierwszy w karierze... Nie potrafię odpowiedzieć, co się wydarzyło w finale. Podeszłam do niego z naprawdę bardzo dobrym nastawieniem. Wszystko było poukładane w mojej głowie, ale przytrafił się ten falstart. Mogło się to zdarzyć wszędzie, w każdym biegu, ale wydarzyło się w Krakowie. Tak po prostu czasami jest i tyle. Taki jest sport, czasami bywa brutalny
– zaznaczyła.
Rywalizację, jak przed rokiem na krakowskim Rynku, wygrała Indonezyjka Desak Made Rita Dewi, druga była Natalia Kałucka, a trzecia Amerykanka Emma Hunt, która w ćwierćfinale poprawiła rekord świata Mirosław (6,03) uzyskując 5,99.
- To nie był łatwy start, bo emocje na początku były naprawdę ciężkie. Wiedziałam, że wychodzę na zawody Pucharu Świata po raz ostatni. Przed startem zmagałam się z wieloma ograniczeniami, przede wszystkim w mojej głowie. Wiadomo, każdy przyjeżdża biegać swoje i wygrać, ale koniec końców naprawdę schodzę ze sceny z podniesioną głową, dumna ze swojej kariery, z tego czego dokonałam
– powiedziała Mirosław.
- Cieszę się, że mogłam po prostu biegać od początku do końca i podziękować kibicom za te wszystkie lata, kiedy mnie wspierali. Chciałam się pożegnać z fanami i myślę, że zrobiłam w najlepszy możliwy sposób, bo jednak biegałam do końca, walczyłam – dodała.
W sztafetach także szczęście nie sprzyjało mistrzyni. W parze z Patrycją Chudziak dotarły do ćwierćfinału, ale w nim biegnąca jako pierwsza młodsza koleżanka popełniła błąd, odpadła od ściany, co uniemożliwiło mistrzyni z Paryża start.
Mirosław przyznała, że również sportowo rywalizacja w Krakowie nie była dla niej łatwa.
- Był to trudny występ, przede wszystkim dlatego, że nie miałam wcześniej żadnego startu w tym sezonie. Ale podjęliśmy tę decyzję świadomie, ponieważ wiem, ile cały mój zespół włożył w to sił. Także oni wiedzą, ile kosztują mnie teraz przygotowania do pojedynczego startu. Powiedzmy sobie wprost: już jestem stara i to czuję. Odpoczynek, regeneracja są po prostu dużo dłuższe niż u młodszych zawodniczek. To naturalne, taka jest kolej rzeczy - tłumaczyła.
Jak podkreśliła, swój „prime time” miała dwa lata temu w Paryżu.
- I tam zrobiłam absolutnie wszystko na najwyższym poziomie. Jestem z tego ogromnie dumna - wspomniała.
Utratę rekordu świata przyjęła ze spokojem.
- Emma pobiegła wspaniale, mogę jej wyłącznie pogratulować, bo wiem sama, jak ciężko jest biegać na tym poziomie, jak ciężko jest dojść do tego. Nie mam w sobie żadnej zazdrości czy złości. Mam to szczęście i ten przywilej, że 11 rekordów świata należy do mnie, ale rekordy są po to, żeby je poprawiać, żeby iść do przodu. Rozmawiałam z Emmą, powiedziała, że śledziła moją karierę, cieszę się, że ten sport tak się rozwija. Będzie dla mnie czymś fascynującym obserwować rozwój wspinaczki z innej pozycji – podkreśliła.
Przed Mirosław jest jeszcze w tym roku start w ME - w sierpniu w francuskim Laval. Zdradziła jednak, że ma planach także udział w Letnich Wojskowych Igrzyskach Wojskowych, które latem przyszłego roku odbędą się w Charlotte w USA.
- Rzeczywiście w przyszłym roku czeka mnie ostatni start w karierze, ale jeszcze o tym nie myślę. Na razie po prostu cieszę się tak naprawdę tym, że jestem blisko tych ostatnich dni w pracy. Mam nadzieję, że zainspirowałam przynajmniej kilku ludzi. Jeżeli tak jest, to mogę być po prostu szczęśliwa i spełniona – wskazała.
Mirosław, która poprawiała rekord globu na 15-metrowej ściance od pięciu lat, przyznała, że jej celem nie było jednak śrubowanie wyników.
- Nigdy nie skupiałam się tak naprawdę na tym, że chcę pobiec rekord świata. Powiem jeszcze tak: kiedy się skupiasz na uzyskaniu konkretnego czasu, to się nie udaje. Pojawia się napięcie, sztywność i tak naprawdę myśli są tam, gdzie nie powinny być
– przyznała.
Mistrzyni paryskich igrzysk wspomniała, że koniec sportowej kariery nie oznacza więcej wolnego czasu.
- Tak naprawdę nie ma już za bardzo wolnych dni w grafiku po sierpniu. Na „emeryturze” na pewno nie będę się nudzić. Mam przed sobą wiele wspaniałych projektów: Akademia 6,02 w Lublinie, która na początku przyszłego roku będzie otwierać swoje filie w innych miastach w Polsce, czy zawody UP! Games. Te wszystkie projekty są skierowane do dzieci, ale każdy z nich obejmuje trochę inny obszar - tłumaczyła.
Od dwóch lata Mirosław trenuje pod okiem męża pod Barceloną, z reprezentacją Hiszpanii, której Mateusz Mirosław został szkoleniowcem.
- Mam możliwość obserwowania rozwoju zawodniczek i zawodników z Hiszpanii tak naprawdę z pierwszego rzędu, a efekty jego pracy było widać w zawodach w Krakowie. Mateusz wkłada w to ogrom pracy i serca. Dopinguję go, bo to jest jego projekt. Cieszę się, że mogę dzięki niemu zostać w tym sporcie po zakończeniu kariery, żyć zawodami, ale trochę z innej perspektywy niż do tej pory. To jest dla mnie niesamowicie ekscytujące – zauważyła.