Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Sport

Ponowny sukces Donaldinio

Trening pod wodzą Franciszka S.

Autor:

Trening pod wodzą Franciszka S. i szefa polskiego rządu z kilkunastoma dzieciakami z północnej Polski na warszawskiej Agrykoli – oczywiście wygrany (5: 2) przez drużynę, w której grał premier – miał być bombowym pijarowskim wydarzeniem, rozsławiającym Donalda Tuska nie tylko w świecie sportu. A okazał się kolejnym wielkim niewypałem. Zaproszono selekcjonera, któremu 13 maja 2006 r. kilku podopiecznych kupiło mecz od kilku sprzedawczyków z Cracovii, dzięki czemu zainkasował on wysoką premię, której… do dnia dzisiejszego nie raczył zwrócić. Teraz, po ogłoszeniu wyroku sądowego w tej sprawie, premier w każdym cywilizowanym kraju nakazałby ministrowi skarbu (bo udziałowcem Zagłębia był wówczas skarb państwa), by ten w trybie natychmiastowym zażądał zwrotu ogromnych nagród pieniężnych, jakie wówczas – za awans do europejskich pucharów – otrzymali działacze, szkoleniowcy i pozostali zawodnicy, ponieważ były one wynikiem przestępstwa! Jeśli do tego dodać, że Franciszek S. na podstawie dyplomu akademii trenerskiej (uzyskanego bez wymaganej matury, czyli niekoniecznie zgodnie z prawem) podpisywał lukratywne kontrakty i umowy o pracę, to cała ta sprawa śmierdzi na odległość i powinna zainteresować prokuraturę. Chociaż w temacie matury licencjonowanego trenera i… członka sztabu wyborczego Bronisława Komorowskiego (Karta Olimpijska i statut FIFA nakazują apolityczność działaczom i pracownikom federacji sportowych) Franciszek S. będzie miał doskonałego obrońcę w osobie… samego prezydenta RP. Na ostatnim spotkaniu z młodzieżą nasz „Namber Łan” przyznał bowiem „w nadzieji i bulach”, że jego śp. ojciec, profesor wyższej uczelni, nie ukończył liceum. Tyle tylko, że pan prezydent wstydliwie przemilczał drobny fakt, iż w tamtych czasach wiele awansów i nominacji odbywało się w myśl zasady: Nie matura, lecz chęć szczera i współpraca z władzą może zrobić z ciebie… profesora lub oficera.

Powracając do tematu Agrykoli, to nikogo nie powinna dziwić reakcja kibiców, którzy zza ogrodzenia stadionowego zgotowali wspaniały i jak najbardziej zasłużony doping rywalizującym drużynom. Ciekawe, jak premier wytłumaczył dzieciakom ten specyficzny aplauz, bo z tekstów piosenek wynikało, iż „Tola ma Donalda” i... vice versa, oraz że apetyt (czytaj pazerność) związkowych działaczy jest ogromny (śpiewano: PZPN, PZPN, je... e… PZPN). Obserwując kolejny POpisowy kiks szefa polskiej Barcelony, byłem rozczarowany brakiem zaproszenia na ten mecz dwóch uwielbianych przez polskie społeczeństwo indywidualności: prezesa Grzegorza L., o którym nawet jedna prorządowa gazeta napisała, że takiego faceta to wstyd puścić między ludzi, oraz senatora z jedynie słusznej partii, który w wolnych chwilach „robi” za wiceprezesa kopanego związku – lub odwrotnie. Reasumując, korzyść z tego spędu dzieciaków do stolicy odniósł jedynie niedouczony selekcjoner, który może spać spokojnie do końca października i tylko musi modlić się, by PiS nie wygrał meczu wyborczego, bo wówczas – a o tym jestem na 99,9 proc. przekonany – że bardzo szybko on i Latoludkowie znikną z PZPN. Co zaś się tyczy spraw sportowych, to premier – po wyroku sądu – powinien zobligować ministra sportu, by dopilnował, aby przestępcy zostali przykładnie ukarani przez PZPN, by żaden z nich nie reprezentował nas na Euro, oraz aby drużyna z Lubina została natychmiast zdegradowana. A póki co, PZPN ufa (niczym premier niejakiemu Bondarykowi w sprawie przekrętu samochodowego) działaczom Zagłębia i wyznaczył „pachnący korupcją” stadion w Lubinie jako miejsce sierpniowego spotkania Polska–Gruzja, czym jawnie zadrwił z opinii publicznej i bezradnej, by nie powiedzieć beznadziejnej władzy.
 

Autor:

Źródło:

NAJNOWSZE Sport