Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Zgromadzili 100 tys. podpisów, nie przekonali nawet 50 tys. wyborców? WYJAŚNIAMY

W tegorocznych wyborach prezydenckich udział wzięło jedenastu kandydatów. Uwaga mediów i głosy społeczeństwa skupiły się na najbardziej rozpoznawalnych nazwiskach. Mimo obowiązku zebrania 100 tys. podpisów -by móc zarejestrować swój komitet- aż pięciu kandydatów nie zdołało zebrać 50 tys. głosów poparcia. O powody takiego scenariusza zapytaliśmy politologa, prof. Norberta Maliszewskiego oraz dra Sergiusza Trzeciaka, eksperta ds. marketingu politycznego.

Dziś szef PKW przekazał wyniki głosowania na podstawie danych ze wszystkich 27 tys. 227 obwodowych komisji wyborczych.

Andrzej Duda uzyskał 43,5 proc. (8 450 513 głosów), zaś Rafał Trzaskowski - 30,46 proc. (5 917 340 głosów). To ci dwaj kandydaci zmierzą się w drugiej turze wyborów 12 lipca.

Na kolejnych miejscach znaleźli się: Szymon Hołownia - 13,87 proc. (2 693 397 głosów), Krzysztof Bosak - 6,78 proc. (1 317 380 głosów); Władysław Kosiniak-Kamysz - 2,36 proc. (459 365 głosów); Robert Biedroń - 2,22 proc. (432 129 głosów).

W tym tekście chcielibyśmy skupić się jednak na zamykających wyborczą stawkę. Mimo że pięciu kandydatów poniżej zdołało zgromadzić 100 tys. podpisów na listach poparcia, żaden z nich nie przekroczył progu 50 tys. głosów otrzymanych głosów.

Kolejni kandydaci uzyskali poniżej 0,3 proc.: Stanisław Żółtek - 0,23 proc. (45 419 głosów), Marek Jakubiak 0,17 proc. (33 652 głosów), Paweł Tanajno 0,14 proc. (27 909 głosów), Waldemar Witkowski 0,14 proc. (27 290 głosów), Mirosław Piotrowski 0,11 proc. (21 065 głosów).

Jak powiedział w rozmowie z Niezalezna.pl prof. Norbert Maliszewski, "wyścig kandydatów, którzy mają poparcie partii politycznych -tym samym poparcie elektoratu tych partii- skutecznie utrudnia zbieranie głosów kandydatom mniej rozpoznawalnym, z mniejszym poparciem".

- Wyborcy mają poczucie, że głosowanie na kandydata z nikłymi szansami to głos zmarnowany. Określa się to jako głosowanie strategiczne. Wyborcy rzadko kiedy popierają kandydatów z małymi wskazaniami w sondażach

- tłumaczył politolog.

Przyznał jednocześnie, że wpisanie się na listę poparcia, umożliwiającą kandydatowi start w wyborach prezydenckich, nie jest wiążące. - Można się podpisać na kilku takich listach. To czysta uprzejmość, nic zobowiązującego - zauważył akademik.

Drugi z naszych rozmówców -dr Sergiusz Trzeciak- przyznał, że istnieje większe prawdopodobieństwo, iż -jeśli ktoś wpiszę się na listę poparcia- odda też głos na takiego kandydata. - Z tego względu największe komitety nie oddały jedynie wymaganego minimum, a zgłosiły do Państwowej Komisji Wyborczej listy z milionami podpisów - przyznał.

- Jest jednak grupa wyborców, która - wpisując się na wielu listach poparcia - ma poczucie pielęgnowania procesu demokratycznego

- ocenił ekspert ds. marketingu politycznego.

Nasz rozmówca podkreślił także, że najmniejsze komitety zbierają podpisy bardzo długo, co - jak wskaza ł- niekiedy kończy się zmianą zdania wyborcy. Podobnie jak prof. Maliszewski, dr Trzeciak także wskazał na zjawisko "poczucia straconego głosu".

- Widząc, że poparcie dla kandydata jest małe, wyborcy postępują pragmatycznie. Nie chcą "marnować swojego głosu" i zmieniają zdanie

- powiedział portalowi Niezalezna.pl.

- A gdyby hipoteza brzmiała: nieważne jaki to kandydat, a to, jak wpływowe środowisko za nim stoi? - dopytaliśmy.

- Taki fenomen również może mieć miejsce. Przypomnijmy, że pan Mirosław Piotrowski był kojarzony ze środowiskiem o. Tadeusza Rydzyka. Wiele osób mogło z tego powodu poprzeć bądź mogło mu to wprost - w kontekście wyborów prezydenckich - zaszkodzić

- odparł dr Trzeciak.

 

Źródło: niezalezna.pl

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane