Środek tygodnia, okolice południa, Stare Miasto w Elblągu. - Hej Marco! Dotarłem na miejsce, droga z Warszawy niezła. Namierzyłem twój lokal na Google Maps, ale wszystko pozamykane, świeci pustkami. - Tak, tak, wcześniej mieliśmy tam restaurację. Chodź pod Bramę Targową - wysoka wieża z zegarem w środku, nie przeoczysz.
Z Rybackiej skręcam w ulicę Stary Rynek. Wybrukowane uliczki, zrekonstruowane kamienice i knajpy na każdym kroku - dla Włocha to mała Italia.
Marco Cocchieri pierwszy raz do Polski przyjechał w 1991 roku. W Elblągu poznał przyszłą żonę. Najbardziej brakuje mu mamy i pogody (w tej kolejności), ale zapewnia: „czuję się jak Polak, bardzo mi tu dobrze”.
- W mojej rodzinie zawsze robiło się gastronomię i hotele - to dla mnie żadna nowość. Kiedy zobaczyłem jaki jest potencjał i jak łatwo można kupić dobre produkty w Polsce, otworzyliśmy restaurację. Zaczynaliśmy od małego lokalu, na wszystko zapracowaliśmy sami
- opowiada. Dziś Marco jest właścicielem dwóch restauracji, sklepu z włoskimi produktami oraz hotelu Vivaldi. Ten ostatni zarabiał do wybuchu wojny na Ukrainie. Od tamtego czasu to przystań dla ukraińskich matek i dzieci.
Jeśli masz dobre serce, musisz mieć twardą…
24 lutego 2022 roku, Putin wznawia wojnę na Ukrainie. Przez kolejne dni setki tysięcy uchodźców wojennych próbuje dotrzeć do polsko-ukraińskich przejść granicznych. Marco jest u rodziny we Włoszech, 1 marca ląduje w Warszawie. Na dworcu zastaje obraz rozpaczy: tłumy kobiet z płaczącymi dziećmi. - Miałem wtedy zameldowanych klientów w hotelu. Poinformowałem ich, że pobyt możliwy jest tylko na taki czas, jaki zarezerwowano - ani dnia dłużej.
Vivaldi to 3-gwiazdkowy obiekt zlokalizowany na skrzyżowaniu ulic Stary Rynek i Wieżowej, mogący pomieścić 80 osób. Pokoje czyste i schludne, niezłe ceny, świetna lokalizacja - oceniają internauci. Inni skarżą się na hałas, jaki dobiega z klubu nocnego tuż pod hotelem. Mimo to ruch w interesie był, co potwierdza wiszące w dawnej recepcji wyróżnienie znanej strony internetowej z ofertą noclegów.
2 marca Marco organizuje wyjazd na granicę. Kilkoma samochodami do Elbląga przyjeżdża kilkadziesiąt ukraińskich matek z dziećmi. Wszyscy trafiają do Vivaldiego. Marco z satysfakcją przyznaje, że dokłada do „interesu”, ale warto. W momencie powstawania tego tekstu (początek marca 2023), w hotelu mieszka ponad 60 osób. Kolejne 18 z Donbasu jest w drodze do Elbląga.
Wychodzimy z restauracji. Marco jest u siebie - niemal z każdym napotkanym przechodniem zamienia słowo, wita się z ludźmi po drugiej stronie ulicy. Idzie środkiem drogi, nie ogląda się na przejeżdżające samochody. - Typowy Włoch - myślę. Ktoś staje, trąbi na Marco. Mężczyzna otwiera okno: „patrz jak łazisz!”. To kolejny znajomy; ściskają sobie ręce, wymieniają kilka zdań.
Przekraczamy próg Viwaldiego. Na wprost recepcja, w prawo restauracja hotelowa (kiedyś, bo dziś to w dużej mierze pralnia i suszarnia) i kuchnia. Nad nami kilka kondygnacji z pokojami hotelowymi. W progu wita nas Nadia; z dwiema córkami (3 i 11 lat) trafiła do Viwaldiego 6 marca ubiegłego roku. Zaradna, uprzejma, ale też stanowcza - Marco szybko powierzył jej pilnowanie porządku w hotelu.
Chodzimy po kolejnych piętrach, pukamy do drzwi - mamy szepczą, bo dzieci akurat zasnęły. Nadia prowadzi do swojego pokoju. Jest przestronny, z trzema łóżkami i łazienką na wyłączność. Na ścianie wielki napis z wyciętych liter. - Co to oznacza? - pytam. - Rodzina - odpowiada starsza córka Nadii.
- Nie wracałam na Ukrainę, nie chcę. Tam nie mam pracy, nie mam mieszkania - wcześniej mieszkaliśmy z rodzicami, a później wynajmowaliśmy. Chcę zostać, bo tu jest lepiej dla moich dzieci. Myślałam o wyjeździe do Polski jeszcze przed wojną
- mówi Nadia niezłym polskim, którego nauczyła się na kursach językowych w niecały rok.
Powierzoną sobie rolę traktuje poważnie: „dopóki hotel tu działa, ja się nigdzie nie wybieram”. Dodaje, że na Ukrainie pracowała jako pielęgniarka, ale teraz nie chce wracać do tego zawodu.
Pytana o Rosjan, odpowiada: „nie wiem, dlaczego oni to robią. Gdyby u nich była taka wojna, oni przyjechaliby do nas, dostaliby pomoc. Nie mogę powiedzieć, że ich nienawidzę. Ja nie traktuję ich jak ludzi. Oni wszystko wiedzą, co się dzieje. I większość z nich popiera tę wojnę”.
W trakcie rozmowy z Nadią, jej młodsza córka spędza czas w Świetlicy. To także inicjatywa Marco, jego oczko w głowie. Ukraińskie dzieci nie znalazły miejsca w publicznych przedszkolach, matek na prywatne placówki nie stać. Tak zrodził się pomysł Świetlicy, która daje namiastkę normalnego życia. Zarówno dzieciom, ale też matkom.
Mówią na to Świetlica
Marco bardzo szybko dostrzegł potrzebę dzieci. Miejsca, w którym wspólnie spędzą czas, odrobią lekcje, w grupie poduczą się języka polskiego. Konkretnym pomysłem zaczął dzielić się z szeregiem instytucji.
- Gdzie nie poszedłem, nasłuchałem się o pięknym projekcie, o pięknym planie. Wszystko tak fajnie brzmiało. Później nasłuchałem się, dlaczego jeszcze nie, że musimy poczekać, że dopiero po nowym roku… Dałem sobie spokój
- wspomina. Dodaje, że Świetlica zaczęła funkcjonować mniej więcej w połowie 2022 roku.
Wybrał lokal przy ul. Wigilijnej na Starym Mieście. Przez lata było to ważne miejsce na mapie Elbląga - mieściła się tu znana lokalsom knajpa Pod Kogutem. W zamian za przeprowadzenie remontu, wynegocjował czynsz w wysokości 3,5 tysiąca złotych. Wkrótce umowa się skończy; kolejna zakłada czynsz o tysiąc złotych wyższy. Do tego dochodzą opłaty za prąd i ogrzewanie, płaci też Ukrainkom-opiekunkom dzieci. - To jest ich praca. Nie mogliśmy liczyć na te kobiety tylko wtedy, kiedy były wolne. Potrzebowaliśmy systematycznej, codziennej opieki - tłumaczy Marco. Miejsca nie sposób dostrzec z ulicy, funkcjonuje incognito. Tysiące przechodniów bezwiednie mija lokal, nie mając pojęcia o tym, co dzieje się w środku. A dzieje się dużo.
Marco wchodzi pierwszy. Naraz rozlegają się powitalne, radosne okrzyki. W Świetlicy są tylko maluchy, starsze dzieci nie skończyły jeszcze lekcji. Gdy przekraczam próg, skrajna euforia mija - na widok nieznajomego ich poczucie bezpieczeństwa pryska. Czuję na sobie nieufne spojrzenia, każdy mój ruch jest bacznie śledzony przez całą zgraję.
- Widziałem te dzieci zaraz po opuszczeniu Ukrainy. W pierwszych dniach pobytu podszedł do mnie chłopiec i zapytał, gdzie jest piwnica, gdzie może się schować, „bo bombardują”. „Tu nie będą bombardować” - uspokajałem. Opowiadali mi o swoich ojcach - że walczą, że są na froncie, ale nie wiedzą gdzie, nie wiedzą co się z nimi dzieje. Połączyło mnie z tymi dziećmi coś bardzo silnego
- opowiada Marco, powstrzymując łzy. Wspomina dalej: „któregoś razu przyszedłem do Świetlicy trochę z nimi pobyć. Nagle jeden chłopiec - po tym, jak normalnie rozmawiał - rzucił się na podłogę, zaczął płakać i krzyczeć: „bombardują!”.
- Duże dzieci rozumieją, co się dzieje. Nie mogę znieść, kiedy trzeba tłumaczyć małym dzieciom, dlaczego one muszą być tutaj
- mówi dalej. Teraz już nie powstrzymuje łez.
Fundacja Amore Mio - Marco nie chce ani grosza
Bohater reportażu ani przez chwilę nie kalkulował - ruszył z pomocą, dając dach nad głową kilkudziesięciu osobom z Ukrainy. Z początku było wiele pomocy od mieszkańców Elbląga - przynosili produkty pierwszej potrzeby, ubrania, zabawki dla dzieci. Gdy zaczęły się wpłaty pieniędzy, Marco - chcąc pełnej transparentności - założył fundację Amore Mio.
Pora na kilka liczb:
- jedzenie i produkty pierwszej potrzeby dla podopiecznych – 1500 złotych dziennie, ok. 45 tysięcy złotych miesięcznie,
- zużycie prądu – ok. 14 tysięcy złotych miesięcznie,
- zużycie gazu ziemnego w sezonie grzewczym – ok. 10 tysięcy złotych miesięcznie.
Do tego wszystkiego dochodzi też comiesięczny koszt dzierżawy powierzchni hotelowej. Marco nie chce podać konkretnej kwoty, choć przyznaje: „to kilkadziesiąt tysięcy złotych”. Za dzierżawę płaci tyle co wcześniej, kiedy na hotelu zarabiał. Właściciele nieruchomości nie obniżyli kosztów dzierżawy. - Biznes jest biznes - przyznaje posępnie Marco. Dodaje: „zapełniłem cały hotel, przez dwa miesiące nikt mi nie pomógł w utrzymaniu tych ludzi”.
Sytuacja uległa poprawie, kiedy rząd usystematyzował kwestię ukraińskich uchodźców w Polsce. Znalazły się konkretne środki; w przypadku hotelu Vivaldi kierowane bezpośrednio na podstawie umowy zawartej z Urzędem Wojewódzkim.
Pierwsza wygasła na początku bieżącego roku. Wojewoda zawarł drugą - tym razem do 24 sierpnia br. Marco tłumaczy, że pomoc ze strony UW pokrywa 60-70 proc. comiesięcznych kosztów. Wybiega w przyszłość: „nie wiem, co będzie później. Jeśli wojewoda nie będzie już pomagał, na pewno nie damy rady”. Jest jednak dobrej myśli - liczy na rychłą wiosnę i ogródki przed restauracjami. Na pomoc postanawia dalej wykładać z własnej kieszeni.
W celach działania fundacji Amore Mio czytamy m.in.: „pomoc społeczna umożliwiająca osobom i rodzinom migrantów przybyłym do Polski z Ukrainy, przezwyciężanie trudnych sytuacji życiowych, których nie są one w stanie pokonać, wykorzystując własne uprawnienia, zasoby i możliwości”. Działalność Marco w pełni te cele wyczerpuje. Ale ta sama działalność zaczyna wyczerpywać też jego.
"Świetlica jest ściśle powiązana z hotelem"
Siedzimy późnym popołudniem w restauracji Marco. - Ja nie chcę pieniędzy, one nie są mi potrzebne. Ja sam siebie utrzymam. Te pieniądze są potrzebne tym kobietom, tym biednym dzieciom - mówi. Nie prosi, bo - jak tłumaczy - nie potrafi.
W słowo wchodzi mu jego dobra znajoma. - Trzeba powiedzieć wprost: Marco potrzebuje pieniędzy na utrzymanie tych ludzi. Jeśli nie zapłaci za ogrzewanie, te dzieci będą marzły. Jedyne, czego dziś trzeba, to środki na utrzymanie Świetlicy. Jeżeli te matki nie będą mogły pracować to się nie usamodzielnią. To prowadzi donikąd, to błędne koło. Jeśli damy im możliwość pracy - dzieci będą miały do dyspozycji Świetlicę, będą mogły tam odrobić lekcje, spędzić ze sobą czas. Świetlica nie zastępuje im domu, ale czują się tam bezpiecznie. Są momenty, gdzie te dzieci czują się gorzej. Jeśli my im to zabierzemy , cofniemy je do punktu wyjścia albo gorzej. One już przeszły przez piekło - stawia sprawę jasno.
Kobieta nie chce podawać personaliów. Z Marco zna się szmat czasu. Jest konkretna, z zapałem występuje w sprawie przyjaciela:
„Świetlica jest ściśle powiązana z hotelem. Oni mają gdzie mieszkać, ale jeżeli matki mają się usamodzielnić, te dzieci muszą gdzieś być. To wtedy zaczyna nabierać sensu. Mamy podejmują pracę, stabilizują swoją sytuację, zaczynają szukać mieszkania do wynajęcia. To co robi Marco, to zapewnienie możliwie komfortowego startu do samodzielności dla tych ludzi. Samo finansowanie hotelu nie jest rozwiązaniem problemu. Te matki potrzebują takich warunków, by móc się usamodzielnić. I zrobić miejsce dla kolejnych potrzebujących”.
Kończymy, Marco zaprasza na obiad. Sadza nas przy stoliku, sam idzie przygotować posiłek. Po chwili przed lokalem zjawiają się trzej mężczyźni, wyglądają na bezdomnych. Marco wychodzi do nich, po chwili biegnie na kuchnie. Wraca zaraz z trzema pojemnikami - dokładnie takimi, do jakich pakuje jedzenie na wynos.
- No co, przecież nie będą głodni chodzić...
Po całym dniu spędzonym z Marco widzę jego zmęczenie. Ale też satysfakcję i nadzieję. Tłumaczę, że media Strefy Wolnego Słowa docierają do ludzi w całej Polsce, ale też Polonii rozsianej na całym świecie. Klubowicze „Gazety Polskiej”? - Marco, oni nie raz udowodnili, że mają wielkie serca!