We wsi Leśniki (na przedmieściu Brzeżan, w województwie tarnopolskim) dobra sąsiadka Ukrainka Ołesia z drżeniem w głosie i w wielkiej tajemnicy uprzedziła moją mamę Stefanię o grożącym jej niebezpieczeństwie. Była ona jedną z najwierniejszych koleżanek mamy. A takie padły z jej ust słowa: „Stefciu, uciekaj, szybko uciekaj, jesteś na celowniku prowodyra sotni z rewiru Brzeżany. Z przerażeniem się o tym dowiedziałam; mój mąż się wygadał… Pamiętaj, że bardzo cię kocham, moja Stefuniu!” – po czym ze szlochem wybiegła z chaty. Przekaz był w języku ukraińskim, wypowiedziany szczerze po ludzku, prosto z serca. Ludność tamtych stron była kilkujęzyczna; nawet niemiecki i żydowski jidysz nie był nam obcy.
Sąsiedzi
W Leśnikach było niewielu Polaków; około 80 proc. mieszkańców stanowili Ukraińcy. W miastach proporcje były odwrotne; im większe było miasto, tym przewaga Polaków była znaczniejsza. Uzasadnieniem wyroku wydanego na moją mamę był jej życiorys Polki. Jako wnuczka wieloletniego burmistrza miasta Kozowa i naczelnika powiatu Brzeżany – Jerzego Puśty – w okresie panieńskim była dumną członkinią patriotycznej organizacji sportowej SOKÓŁ, a także wyróżniającą się aktywistką Polskiego Związku Młodzieży Katolickiej w Kozowie.
Idąc za zbawienną radą koleżanki Ołesi, w styczniu 1945 roku w pośpiechu wyjechaliśmy furmanką zaprzęgniętą w dwa konie. Uciekliśmy z rodzinnych Leśnik do babci Anny mieszkającej na obrzeżach miasta Kozowa, oddalonego 16 km od Brzeżan.
Babcia z dziadkiem Janem mieszkali w dużym murowanym domu krytym blachą, więc wydawało się nam – naiwnie – że w większej gromadzie rodzinnej i w tak okazałym domu – niemalże twierdzy – do tego w miasteczku z przewagą Polaków, a nie na wsi, będziemy bardziej bezpieczni.
Nasz przestronny dom rodzinny w Leśnikach cały w drewnie, z dekoracyjnymi ornamentami, był wspaniałym dziełem rąk utalentowanych Hucułów (tamtejszych górali). Tato (weterynarz) i mama (akuszerka) byli właścicielami wielu posiadłości, między innymi bukowego lasku, i stać ich było na taki luksus. Dom ten w stylu dworku miał jednak podstawową wadę, właśnie z tego powodu, że był cały z drewna; wystarczyła jedna zapałka…
Mój tato Michał w tym czasie został aresztowany przez NKWD, bowiem w obecności sąsiada powiedział coś niekorzystnego o Stalinie. Sąsiad okazał się fałszywy i doniósł władzom okupacyjnym (które się zmieniały – raz gnębił nas okupant hitlerowski, raz ujarzmiała nas sowiecka swołocz). „Judasz” z sąsiedztwa uczynił to być może za jakąś nędzną „miskę soczewicy”.
„Tu nie ma Lachów”
U babci i dziadka w Kozowie czuliśmy się bezpiecznie tylko kilkanaście dni. Serdeczny ich sąsiad – Ukrainiec Mychajło Krotiuk – uprzedził nas o nadchodzących hordach banderowskiej UPA (Ukraińskiej Powstańczej Armii). Dziadek Jan, zamożny i szanowany w okolicy rolnik, był mężnym człowiekiem i doświadczonym uczestnikiem wojny rosyjsko-japońskiej z lat 1904–1905. Obmyślił on sposób ratunku i ukrył nas w dole kloacznym ustępu zlokalizowanego na podwórzu posesji, a sam schował się w stodole. Przykrył nas zbutwiałymi deskami, nałożył na nie słomę i dla niepoznaki przysypał śniegiem. Był to wtorek, 20 lutego 1945 roku, a więc już pod koniec banderowskiego bestialstwa. Na szczęście dla nas ostra zima w tym czasie trochę zelżała i zaczęła się odwilż – niemniej jednak ujemne temperatury sprawiały, że drżeliśmy z zimna i straszliwego przerażenia.
W tym dole, przeszyci śmiertelnym strachem, nie czuliśmy już ani zimna, ani smrodu. Serce trzepotało mi z przerażenia, buchające tętno czułem w uszach, oczach, w mózgu i w całym ciele. Największym zagrożeniem był jednak płacz niemowlaka – mojego braciszka Pawełka. Mama trzymała dłoń na jego usteczkach, gotowa na wszystko… aby ocalić pozostałą dziewięcioosobową rodzinę. W tych warunkach przetrwaliśmy kilka nocnych godzin.
Za gospodarstwem dziadków ciągnęły się pola uprawne, a za nimi, w oddaleniu około jednego kilometra, widniała ściana lasu, skąd spodziewane było nadejście banderowców. Wreszcie po kilku godzinach, które wydawały się ciągnąć koszmarnie jak wiek cały, zaczęły w Kozowie ujadać psy. W niedługim czasie dochodziły do nas okrzyki męskich głosów, w których dominowały ordynarne przekleństwa, po paru chwilach oczom naszym ukazały się snopy światła latarek przesuwających się nad „dachem” naszej kryjówki. W końcu słyszeliśmy wyraźnie krzykliwe, plugawe rozmowy (po ukraińsku), zakończone takim stwierdzeniem: „Tu nie ma Lachów, oni uciekli, idziemy dalej, chłopcy”. Jeszcze długo czekaliśmy, zanim dziadek Jan zdjął przykrycie kryjówki. Kiedy domagaliśmy się, aby się pospieszył, on rozsądnie studził nasze nalegania, szepcąc nad dołem: „Jeszcze poczekajcie – mogą wrócić...”.
Kiedy wreszcie zobaczyliśmy nad sobą gwiaździste niebo, nie mogliśmy ruszyć o własnych siłach. Byliśmy sparaliżowani zimnem i strachem. Ubrania przesączone fekaliami porzuciliśmy na podwórzu obejścia i do domu weszliśmy nadzy. U dziadków nie było łazienki. Ręce i twarze spłukaliśmy wodą ze studni, dygocąc z zimna. Nasze odzienia dziadek spalił, by pozbyć się śladów naszej kryjówki.
To, że przeżyliśmy, to cud. Jakie to szczęście, że omotani nienawiścią do Polaków bandyci brzeżańskiej sotni Ukraińskiej Powstańczej Armii nie zabrali swoich psów, bo zwęszyłyby nas w tym kloacznym dole.
Nie da się tego zapomnieć
W ciągu dnia nie było ataków, a słoneczny dzień odkrył przerażające widoki. Nie wszystkim Kozowianom udało się przeżyć, chociaż wielu – ostrzeżonych przez Krotiuka (a być może także przez innych Ukraińców) – ukryło się lub uciekło, gdzie się dało. Widok ludzkich wnętrzności rozwieszonych na kilku płotach sprawił, że nie tylko dzieci, lecz i dorośli zwymiotowali… Tego nie da się opisać ani zapomnieć!
Po wojnie dowiedzieliśmy się, że nasz wybawca, niedaleki sąsiad dziadków Mychajło Krotiuk, poniósł śmierć z rąk pobratymców za to, że uratował życie wielu Polaków z kilkunastu polskich rodzin. Powieszono go na rynku miasteczka, a dla ostrzeżenia ewentualnych naśladowców zawieszono mu na szyi tablicę z napisem „Zdrajca!”. Ukraińscy nacjonaliści wychowali ludzkie hieny, zdolne do straszliwych zbrodni, które nienawidziły Polaków i wszystko, co stanowiło Polskę, do niewyobrażalnych granic.