Ta wymiana zdań padła pod koniec debaty: wyrównanej, spokojnej i niezwykle merytorycznej w porównaniu do poprzedniej. Donald Trump wypadł o niebo lepiej, wiele razy celnie punktując Bidena, zwłaszcza jeśli chodzi o aferę laptopową oraz o jego zaniedbania z okresu wiceprezydentury u Baracka Obamy.
Biden był bledszy: zachowywał spokój, ale nie był przekonujący w kwestii odpowiedzi na oskarżenia o powiązania korupcyjne. Parę razy ripostował też, używając tych samych bon motów (np. "Nie ma różnych stanów, są Stany Zjednoczone") - tak jakby zapomniał, że użył ich wcześniej.
Na koniec debaty Trump zapytany, co powie w dniu inauguracji osobom, które na niego nie głosowały, odpowiedział, że przed „zarazą” bezrobocie było bardzo niskie, a w kraju panowała jedność.
„Sukces nas połączy” - mówił, oskarżając Bidena o chęć podniesienia podatków i regulacji.
Biden, któremu zadano to samo pytanie, twierdził, że będzie „amerykańskim prezydentem". "Będę was wszystkich reprezentować, niezależnie od tego, czy głosowaliście na mnie, czy przeciwko mnie” - wyjaśniał.
Mówił, że gospodarka może się rozwijać, problem rasizmu będzie rozwiązany, a napędzona „czystą energią” ekonomia stworzy nowe miejsca pracy.