W przestrzeni publicznej pojawiły się doniesienia, że Polska miała w ostatnich miesiącach przekazać Ukrainie część swoich pocisków PAC-3 MSE, czyli najbardziej zaawansowanych pocisków do systemów przeciwlotniczych Patriot. Mimo wysiłków amerykańskiego producenta do zwiększenia ich produkcji, w obliczu trwającej rosyjskiej inwazji na Ukrainę oraz konfliktu na Bliskim Wschodzie i intensywnego zużycia tego typu rakiet, pozostają one towarem deficytowym.
Przed wylotem do Ankary na szczyt NATO, o sprawę pytany był szef Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta Marcin Przydacz.
- Jeśli Polsce miałoby grozić jakieś zagrożenie z powietrza - a przecież w ostatnim czasie premier Donald Tusk wprost straszył Polaków zbliżającą się wojną - to wydaje się, że interesem bezpieczeństwa Polski powinno być zabezpieczenie własnego nieba. Uważam, że tego typu decyzje nie służyły bezpieczeństwu państwa polskiego, a zwłaszcza próba ich ukrycia przed opinią publiczną i przed kluczowymi aktorami politycznymi - odpowiadał dziennikarzom.
Wyraził osobiste przekonanie, że „w interesie Polski, zwłaszcza na początku wojny, gdy inni sojusznicy nie pomagali, była pomoc Ukrainie”.
- Przekazywaliśmy sprzęt - najczęściej stary, postsowiecki sprzęt. Lepiej, że znalazł się na froncie w Donbasie niż miałby rdzewieć na polskich poligonach. Wtedy należało pomagać, bo Niemcy oferowały wysłanie hełmów
- przyponiał.
- Nie spotkało się to z pozytywną reakcją. Po czterech latach mamy pewność, że reakcja strony ukraińskiej jest mało konstruktywna, jeśli chodzi o to, na czym zależy Polsce - kwestię dialogu historycznego - podniósł prezydencki minister.
- Pełnię odpowiedzialności za przekazanie pocisków do systemu Patriot ponosi strona rządowa. To rząd podjął decyzję - to była uchwała Rady Ministrów. Na pewno ta decyzja nie zwiększa poziomu polskiego bezpieczeństwa - podsumował Przydacz.