Trudno to ocenić. Nie ma żadnych argumentów za tak jednoznaczną interpretacją sytuacji geopolitycznej. Niestety część polityków co rusz wykorzystuje wojnę do własnych rozgrywek – jedni straszą, inni bagatelizują, a ludzie odbierają to jak oznakę nieistnienia problemu i wypierają zagrożenie ze swojej świadomości. Incydent na Lubelszczyźnie albo był wynikiem błędu, albo celowym testem, ale bez względu na genezę dostarcza Kremlowi fenomenalnej wiedzy. Instytucje państwa winny oczywiście przyjąć najgorszą interpretację i wyciągać z niej wnioski. Naprawdę nie jest dobrze. Nie jest nawet dostatecznie. Po pierwsze, system powiadamiania o zagrożeniu nie istnieje. Jego celem jest uprzedzanie niebezpieczeństwa, szacowanie czasu, który do niego pozostał, oraz instruowanie o koniecznym działaniu. W ubiegłym tygodniu nie zadziałało nic poza syrenami wyjącymi kilka minut po eksplozji rakiety.
A alarmy po zdarzeniu to musztarda po obiedzie. Jeśli dojdzie w takich warunkach do ataku Rosji na Polskę – na przykład wystrzelenia kilku rakiet i kilkudziesięciu dronów – to będziemy mieli chaos i tragedię. I nie w głuszy, tylko wszędzie tam, gdzie wróg postanowi uderzyć. Zawsze warto kopiować rozwiązania, które działają w krajach atakowanych. Izraelski system ostrzega obywateli, gdy tylko zaistnieje zagrożenie, powiadamiając o szacunkowym czasie na ucieczkę do schronu. Podobnie działają systemy ukraińskie. One także podnoszą alarm, gdy pojawia się zagrożenie, precyzują je i pokazują powiaty zagrożone atakiem. Polacy, którzy często jeżdżą na Ukrainę i mają je zainstalowane w swoich komórkach, dowiedzieli się o zagrożeniu około 6 godzin przed uderzeniem rosyjskiej rakiety w Polskę! Władze w Kijowie powiadomiły ich o spodziewanym niebezpieczeństwie, a władze w Warszawie nie!
To przecież kompletna porażka, a premier Tusk opowiada androny o tajnych informacjach od Zełenskiego. Były tak tajne, że podawała je ukraińska rządowa aplikacja. Niestety po raz kolejny Kreml widzi, jak łatwo można sparaliżować nasz kraj. Tu naprawdę nie trzeba wiele. Wystarczy parę rakiet i rój dronów, by wywołać w Polsce chaos i dezorientację. Trudno również zrozumieć, dlaczego nie niszczymy tego, co na nas leci, a czekamy i patrzymy, gdzie spadnie. Gdy w czasach rządów PiS białoruski śmigłowiec wleciał na około 2 minuty kilka kilometrów w głąb naszego terytorium, to dzisiejszy wicepremier domagał się jego zestrzelenia. Gdy od roku rosyjskie drony, rakiety i balony co rusz docierają nawet w okolice największego naszego lotniska, to nie ma mowy o zestrzeliwaniu. Przepraszam, jedno zestrzelenie odbyło się rok temu – jego efektem jest dziurawy po dziś dzień dach domu jednych z mieszkańców wschodniej Polski. I to miara stanu naszej obrony.
.@KlubyGP w Słupsku - wspaniałe spotkanie. Dziękuję za liczne przybycie@DorArciszewska @MarzenaGminska@RepublikaTV pic.twitter.com/TKLmyodOYg
— Tomasz Sakiewicz (@TomaszSakiewicz) August 7, 2026