Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Minister od deformy edukacji. Nowacka z każdym rokiem szkolnym coraz bardziej szkodzi polskiej oświacie

Barbara Nowacka stała się bohaterką mediów, zanim na dobre rozpoczął się nowy rok szkolny. Jej występ na Campusie Polska Przyszłości w Olsztynie, podczas którego zapragnęła zostać „gospodarką”, okazał się prawdziwym hitem internetu. To nie pierwszy raz, gdy wyszło na jaw, że język nie jest mocną stroną minister edukacji – już w przeszłości zdarzały się jej kompromitujące wpadki, i to nie tylko językowe. Na początku tego roku szkolnego kolejne sondaże pokazują, że poparcie dla jej reform wśród Polaków jest mizerne. Negatywne oceny nie biorą się znikąd. Nowacka cały czas eksperymentuje z polską szkołą, co pogrąża oświatę w coraz większym bałaganie.

W końcówce sierpnia pracownia UCE Research dla Onetu – czyli portalu, który trudno posądzić o nieprzychylność wobec obozu władzy – przeprowadziła ciekawy sondaż. Padło w nim pytanie o to, którego ministra ze swojego rządu powinien odwołać Donald Tusk. Okazało się, że pierwsze miejsce w tym niechlubnym rankingu zajęła szefowa resortu edukacji, co w kontekście mocnej „konkurencji” innych postaci z rządu jest jasnym sygnałem, jak bardzo spadły jej notowania od czasu, gdy zajęła się polską edukacją. Barbara Nowacka wyprzedziła ministra spraw wewnętrznych i administracji Marcina Kierwińskiego oraz minister zdrowia Jolantę Sobierańską-Grendę – mimo afer powodziowej i szpitalnej, które zbiegają się w czasie z krachem dostępu do opieki zdrowotnej w kraju. 

Obserwuj Niezalezna.pl w Google! Wejdź na nasz profil i kliknij „Obserwuj w Google”

Chyba jeszcze gorzej Nowacką oceniają sami nauczyciele. Następczyni Przemysława Czarnka, który głównie z powodów ideologicznych nie był lubiany przez to środowisko, obejmowała funkcję z ogromnym kredytem zaufania pedagogów. Dziś z wielkich nadziei pozostała przede wszystkim frustracja, nie tylko ze względu na niespełnione obietnice płacowe, lecz także z powodu fatalnych decyzji i chaosu, który minister co rusz funduje polskiej szkole. Tak szkodliwych pomysłów, jak te dotyczące zadań domowych, nie podejmował żaden minister edukacji w III RP. Zdecydowana większość dokonywanych przez nią wyborów niszczy polską oświatę.

Chaos wokół zadań domowych

Kiedy w poprzednim roku szkolnym – wbrew wszelkim opiniom ekspertów – Barbara Nowacka wprowadzała w życie swój sztandarowy pomysł likwidacji obowiązkowych prac domowych, niemal od razu stało się jasne, że popełniła ogromny błąd. Nie było środowisk, poza samymi uczniami, które broniłyby jej reformy. Krytyczni byli zarówno nauczyciele, rodzice, jak i oświatowi eksperci. To podejście nie zmieniło się do dziś. Z niedawnego badania sondażowego jednoznacznie wynika, co na temat „wielkiej” reformy myślą Polacy. Otóż wycofanie obowiązkowych prac domowych popiera jedynie 21 proc. ankietowanych – wynika z badania panelu Ariadna dla portalu WP.pl. Zdecydowana większość jest przeciwna tej zmianie – 49 proc. 

Błędem była zresztą nie tylko sama deforma, ale też sposób jej wprowadzenia i komunikacja, które tylko potęgowały chaos i poczucie, że zmiana jest kompletnie nieprzemyślana. Resort próbował udawać, że problem nie istnieje, bowiem nie ma żadnego zakazu zadawania prac domowych, a chodzi jedynie o ich ocenianie, ale przecież doskonale było wiadomo, że skutkiem aktywności MEN będzie rozleniwienie młodzieży. Uczniowie masowo przestali robić zadania domowe, bo doskonale wiedzieli, że są one nieobowiązkowe, a nauczyciel i tak nie może wystawić za nie oceny. Ministerstwo przez pewien czas robiło dobrą minę do złej gry, ale było niemal pewne, że za jakiś czas nastanie próba wyjścia z kłopotliwej wizerunkowo sytuacji, na którą narzekają zarówno nauczyciele, jak i rodzice. Resort zlecił IBN ocenę reformy, która tylko potwierdziła, że pomysł Nowackiej okazał się klapą. MEN mogło się wycofać i wrócić do stanu sprzed deformy, ale to oznaczałoby przyznanie się do politycznego błędu.

Pudrowanie deformy

Aby tego uniknąć, trzeba było coś zmienić w dotychczasowych zasadach, jednocześnie pozostawiając zadania domowe nieobowiązkowe. W końcu Nowacka wpadła na pomysł, który trafił na łamy mediów jeszcze w okresie wakacyjnym. Otóż nauczyciel w dalszym ciągu nie może oceniać zadań domowych stopniem, ale jednocześnie musi każdą wykonaną pracę sprawdzić i opatrzyć ją informacją zwrotną. Ponadto uczeń, który będzie systematycznie odrabiał prace domowe z danego przedmiotu, może liczyć na podwyższenie oceny końcoworocznej. Aby tak się stało, szkoły muszą zmienić statuty i wprowadzić poprawki do systemu oceniania. W całym zamieszaniu wokół prac domowych akurat ten zapis jest jednym z nielicznych, który ma sens, bowiem daje nauczycielowi jakiekolwiek narzędzie, które w minimalnym stopniu zmotywuje ucznia do nauki w domu. Dotychczas młodzież była takiej motywacji w gruncie rzeczy pozbawiona.

Barbara Nowacka nie byłaby sobą, gdyby nie wprowadziła kolejnego zakazu. Do listy prac domowych zakazanych dołączone zostały praktyczno-techniczne prace do wykonania w czasie wolnym od zajęć. Na domiar złego wiele placówek oświatowych – zarówno szkół, jak i przedszkoli – zaczyna zajęcia o godz. 7 rano, a nie, tradycyjnie, od 8. Oznacza to wcześniejszą o godzinę pobudkę dla uczniów i rodziców, gorszą regenerację i, co za tym idzie, oczywistą ospałość na porannych zajęciach edukacyjnych. MEN umywa ręce, zrzucając winę na dyrekcje szkół, które wprowadzają tę rewolucję. W czasach rządów Przemysława Czarnka narracja osób odpowiadających dziś za losy polskiej edukacji byłaby jednak zupełnie inna.

Zakaz smartfonów – diabeł tkwi w szczegółach

Bardzo długo całe środowisko pedagogów, dyrektorów szkół i rodziców czekało na wprowadzenie zakazu używania telefonów komórkowych w placówkach oświatowych, który funkcjonuje w części krajów europejskich. W Polsce żaden minister nie chciał wprowadzić odgórnego przepisu, który porządkowałby tę sprawę w każdej szkole. Dopiero Nowacka zdecydowała się na ten krok, co należy potraktować w kategoriach nielicznych sensownych działań ministerstwa, ale jednocześnie postanowiła, że będzie on obowiązywał w szkołach podstawowych i przedszkolach. Wydawałoby się, że problem jest rozwiązany, a MEN należy tylko chwalić. Jak to często bywa, diabeł tkwi w szczegółach. A te mogą okazać się dość kłopotliwe dla szkół. 

Sceptycy podnoszą argument, że dużym wyzwaniem dla szkół może się okazać egzekwowanie owego zakazu. Robert Gałęski z kancelarii prawnej Lexbridge, specjalizującej się w zagadnieniach z prawa oświatowego, twierdzi, że większość dyrektorów jest wręcz przerażona i nie wie, jak egzekwowanie tego zakazu ma wyglądać w praktyce. Jego zdaniem powszechne jest przekonanie, że problem przerzuca się na zarządzających szkołami i nauczycieli. Rodzi się zatem pytanie, czy z tą sprawą nie będzie podobnie jak z niejednym pomysłem MEN, który wydawał się sensowny, ale w praktyce został popsuty.

Barbara Nowacka jest jednym z najgorzej ocenianych szefów resortu edukacji w XXI wieku. Robi wiele zamętu, wprowadza do szkoły kolejne rzekomo rewolucyjne zmiany, które sprawiają wrażenie nieprzygotowanych i niekonsultowanych. Ich skutek będzie prawdopodobnie taki, że zamiast coś poprawić – zaszkodzą młodzieży. Nowacka wdraża „reformy”, które następnie trzeba znowu poprawiać.
 

 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

NAJNOWSZE Polska