Pora zadać pytanie Kazikowi Staszewskiemu, który ogłosił, że będzie głosował na jednego z kandydatów opozycji, czy zrobił to by promować nie swoją najnowszą, a bardzo starą płytę (może ma być reedycja?), a mianowicie tę, na której w piosence „Sowieci” tak śpiewa o patronie szefa doradców Trzaskowskiego: „A ten gruby co na przedzie na kradzionym koniu jedzie to Rokossowski, marszałek Polski, kryj się, kryj”?
Jak nie Trzaskowski, to może Hołownia, u którego bezpieczeństwem zajmuje się Mirosław Różański, dowódca kompanii w czasie manewrów z bratnią Armią Czerwoną „Przyjaźń 1989”? Albo Biedroń, z doradcą Stanisławem Cioskiem, co już w 1968 r. syjonistów gonił? Zostaje jeszcze Bosak, którego Konfederacja, jak mówiła Kaja Godek, chciała przyciągnąć do siebie gen. Tadeusza Wileckiego i jego wachowszczyznę? Gdzie nie spojrzysz, czy kandydat jest za gejami, czy chce ideologię LGBT pogonić, wychodzi zza jego pleców wojskówka i towarzystwo znane każdemu, co za komuny i pierwszych latach III RP w MON-ie służył. Trep trepa trepem pogania i spirytus do czyszczenia sprzętu wojskowego, ledwie rozcieńczony, popija.
Won z Pileckim i Inką, co w ogóle za wynalazki, Jaruzel wróci na piedestał i będzie git. Zapowiadał Trzaskowski, że będzie gadał kulturalnie po francusku, myśmy pytali jaki ton przybiera po niemiecku, a ten za doradców wziął sobie tych, co najlepiej znają rosyjski. Przepięknie będzie i normalnie, jak za Tuska, gdy na krążowniku „Aurora” szarżował Piotr P., a polsko-rosyjskie ocieplenie kwitło. Będzie Trzaskowski referował credo Edgara Morina z „Penser l’Europe” i przepijał do obrazu Rokossowskiego krzywo na ścianie zawieszonego. Zdarowie, dorogije druzia!