W tym roku dokładnie mija ćwierć wieku, odkąd pan Robert ruszył z biznesem nad polskim morzem. Rodowity koszalinianin odłożył trochę grosza pracując w Niemczech. Zainwestował w pensjonat nad Bałtykiem. Dziś bez mrugnięcia okiem przyznaje, że nie pamięta, kiedy było tak źle.
Obserwuj nas w Google News. Kliknij w link i zaznacz gwiazdkę
To zdecydowanie najgorszy rok w ostatnim czasie. Widać wyraźnie, że portfele Polaków są wydrenowane
– mówi. Jego zdaniem rosnące koszty życia w Polsce to pierwszy i najważniejszy powód pustki nad Bałtykiem.
Turystyka to nie jest wydatek pierwszej potrzeby. Ludzie mają rachunki, ubezpieczenia, trzeba porobić zakupy do szkoły. Jeśli muszą ciąć koszty, wakacje idą na pierwszy ogień.
– dodaje.
Jeden idiota kupuje, drugi... waży rybę
Drugi powód to zła fama, która niesie się o wywindowanych cenach nad Bałtykiem i tzw. "paragonach grozy". Ale czy to prawda?
Odpowiem dosadnie. Jeśli jeden idiota najpierw nie patrząc na cenę zamawia rybę jak leci, a potem drugi idiota bez refleksji smaży prawie kilogramowy kawałek, który jest nie do zjedzenia, to potem faktycznie cena robi się wysoka. U mnie za cały obiad, dwudaniowy, z dowolnie laną zupą i jeszcze ciastem domowej roboty, cena nie przekracza 60 złotych
– wylicza.
Zdaniem innych właścicieli pensjonatów dużo większą, niekorzystną rolę odgrywa niestabilność pogody, a także brak współpracy z biurami podróży.
Wiadomo, u nas pogoda jest kapryśna. Nawet dobre prognozy potrafią się załamać z dnia na dzień. Dla kogoś, kto planuje urlop z dziećmi, to za duże ryzyko. Lepiej wziąć zagraniczną wycieczkę. Zresztą to kolejny punkt, wczasy zagraniczne stały się relatywnie tańsze. Biura podróży kuszą promocjami, bo wiadomo, że mają 100-120 zł "od łepka". A gwarancja pogody za granicą przyciąga. Mam znajomą w biurze podróży. U nich rok do roku sprzedaż wzrosła o 20 procent.
– zauważa pan Mariusz, który prowadzi turystyczny biznes w Kołobrzegu.
Gmina zadłużona, państwo dokręca śrubę
Wróćmy jednak jeszcze do Mielna. Właściciele tamtejszych kwater turystycznych za złą sytuację obwiniają także państwo i samorząd.
Państwo dokręca śrubę, gmina dokręca śrubę. Proszę sobie wyobrazić, że w Koszalinie, gdzie mieszkam, płacę za wodę trzy razy mnie niż w Mielnie. Dlaczego? Bo tutaj choć miasteczko nie ma nawet trzech tysięcy mieszkańców, trzeba było zrobić infrastrukturę jak dla 100-tysięcznego miasta. Gmina pobrała potężne kredyty i teraz musi je spłacać. Wiadomo czyim kosztem
– dodaje pan Robert. Szczególnie trudna sytuacja panuje w mniejszych miejscowościach, takich jak właśnie Mielno, Pobierowo czy Sianożęty. Większe ośrodki, szczególnie blisko granicy, radzą sobie ciut lepiej dzięki turystom z zagranicy, przede wszystkim z Niemiec.
Nie chcę być pesymistą, ale muszę przyznać z bólem, że dobre czasy już się skończyły i chyba nie wrócą. Wszystkich nas dobije niestabilna przyszłość. Już zaczynają się pojawiać pierwsze zapytania o ceny na przyszły rok. I co ja mam klientom odpowiadać, jak ceny rosną gwałtownie z dnia na dzień? Przecież nie wiem ile będzie kosztował prąd, woda, wywóz śmieci czy masło. A jak później podniosę im cenę, to zrezygnują
– podsumowuje przedsiębiorca z Mielna.