Przed godziną 14.00 Anna Wójcik, przetrzymywana w areszcie urzędniczka, wyszła na wolność. - Ten dzień będzie jednym z najszczęśliwszym w moim życiu, jestem najszczęśliwszą matką, która spotka się dzisiaj z synem. To najważniejsza rzecz i to na to czekałam - powiedziała pani Anna w rozmowie z TV Republika.
Postanowieniem z dnia 3 kwietnia 2025 roku, prokurator uchylił wobec Anny Wójcik środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania - poinformowała dzisiaj prokuratura. Prokurator zastosował za to poręczenie majątkowe w wysokości 400 tys. złotych, dozór policji oraz zakaz kontaktu z uczestnikami postępowania i zakaz opuszczania kraju.
Kobieta przebywała w areszcie ponad 2 miesiące w związku ze śledztwem ws. RARS. Syn państwa Wójcików, Franciszek (imię zmienione - red.), jest poważnie chory i wymaga opieki matki. W ostatnim czasie głośno było o jego myślach samobójczych. Kilka dni temu prokuratura złożyła wniosek o wydanie zarządzenie opiekuńczego z uwagi na możliwe "zagrożenie dobra małoletniego".
Podczas dzisiejszej konferencji prasowej, rzecznik Prokuratury Krajowej, prok. Przemysław Nowak poinformował, że prokurator dał 7 dni na wpłacenie kaucji. Kaucję w wysokości 400 tys. zł wpłaci prezes Fundacji Niezależne Media, Joanna Jenerowicz.
Dzisiaj przed godziną 14.00 Anna Wójcik opuściła areszt.
- Ten dzień będzie jednym z najszczęśliwszym w moim życiu, jestem najszczęśliwszą matką, która spotka się dzisiaj z synem. To najważniejsza rzecz i to na to czekałam
- powiedziała w pierwszym po opuszczeniu aresztu wywiadzie dla TV Republika.
- Chciałam podziękować widzom TV Republika. Jestem pod wielkim wrażeniem, moje podziękowania ślę do państwa. Wierzyłam, że ten moment nastąpi. Spotkanie z moim synem będzie najważniejszym momentem, na ten moment czekałam 2 miesiące, nie traciłam nadziei. Nie traciłam nadziei nawet na sekundę, będąc tam zamknięta. Myślałam o moim chorym dziecku i wierzyłam, że ten moment nadejdzie - mówiła w emocjach kobieta.
- Dzięki państwu, dzięki widzom TV Republika, dzięki opinii społecznej, która stanęła po mojej stronie, wartość dziecka wygrała - dodała Anna Wójcik.
Zapytana o to, jak była traktowana w areszcie, odparła:
- Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, funkcjonariusze Zakładu Aresztowego w Katowicach wykazywali się wobec mnie dużą empatią. Miałam pomoc psychologiczną, ponieważ nie ukrywam, że ta sytuacja wpłynęła bardzo mocno na mój stan psychiczny. System tworzą ludzie. To nie są mury. O tyle, ja miałam tyle szczęścia, że wokół mnie byli ludzie, którzy z dużą empatią podeszli do tego tematu - wiedzieli, że jestem matką, że jestem niesłusznie przetrzymywana, że jest to walka polityczna, w której zakładnikiem było moje 13-letnie chore dziecko...
Kobieta potwierdziła również, że była doprowadzona na przesłuchanie w kajdankach zespolonych. Dodała, że nie spodziewała się tego typu działań...
Z jednej strony była duża empatia, a z drugiej - moje ręce i nogi były skute. Byłam przewożona w policyjnymi samochodzie, w małym pomieszczeniu, jak zbir, jak terrorysta. Tak zostałam doprowadzona do prokuratury. Byłam zakuta za ręce i za nogi. I tak prowadzono mnie przez korytarze prokuratury. Nie jak matkę. Jak terrorystę, którego można porównać do najgorszego zbrodniarza na świecie.
– mówiła dalej, wskazując, że czuła bezradność.
Jak przyznała: "w momencie, gdy w taki sposób zakuwają, człowiek jest poddany takim torturom psychicznym, że ja tego dnia, gdy tak zrobiono, odeszły mi wszystkie nadzieje. Pomyślałam sobie: Boże, już gorzej nie może być. Myślałam, że nie wyjdę, że ten reżim tak bardzo chce mnie zniszczyć. Ten moment, gdy ja, matka, kobieta, chce walczyć z systemem o zdrowie i życie chorego dziecka, jestem zakuwana - nikomu tego nie życzę. Te godziny, które tak spędziłam, to były najgorsze momenty, które w trakcie tych dwóch miesięcy mnie spotkały".
Podziękowała również mecenasom, którzy od razu bili na alarm i robili wszystko, by jej sprawa dotarła do jak największej ilości osób.
Monika Borkowska zapytała również o to, co powielali politycy koalicji 13 grudnia, jakoby kobieta nie chciała kontaktu z synem, gdy przebywała w areszcie.
"Nie chciałam, aby moje dziecko mnie tutaj widziało. W takim stanie, za kratami. Niech każdy sam odpowie sobie na pytanie, czy chciało zaprosić dziecko do takiego miejsca. To byłaby trauma na całe jego życie"
– mówiła kobieta.
Jak przyznała - powrót do etapu terapii, w którym był jej syn przed aresztowaniem, zajmie wiele lat.