Spór o dziecko, który Kalisz toczy z byłą partnerką, przeniósł się do sądu. W związku z tym, lewicowy polityk postanowił poopowiadać o relacjach, jakie łączyły go z kobietą. Ryszard Kalisz twierdzi np., że nigdy nie byli parą. – Ona była moją koleżanką, którą zresztą bardzo lubiłem – mówi „Super Expressowi”.
Przyznaje, że „doszło do zbliżenia” i uznał dziecko, choć wcale nie musiał. – (…) mogłem mieć duże wątpliwości. (…) Ja tego dziecka nie planowałem. Ale wie pan, jak to jest. Stało się, jak się stało. Bardzo kocham Ignasia (dwuletniego syna – przyp. red.) – wyznaje.
No i chwali się, jakie pieniądze przeznacza na syna. – Niech pan pamięta, że ja chrzciny Ignacego zrobiłem, ona grosza do chrzcin czy urodzin nie dołożyła. (…) Ja zawsze go utrzymywałem. Samochód jej kupiłem. Mój drogi, kto kupuje dziewczynie samochód w takiej sytuacji – zły ojciec dla dziecka? – dopytuje dziennikarza.
I podkreśla, co ma się znaleźć w tekście. – Niech pan napisze, że ja to auto kupiłem po to, żeby mogła Ignasia wozić – mówi.
Po wątpliwościach, co do ojcostwa, jest i oskarżenie pod adresem byłej partnerki. – Krótko mówiąc, ona założyła, że może złapać mnie na dziecko – papla jak w maglu Kalisz i dodaje, że kobieta teraz się na nim mści.
Ryszard Kalisz jest w polityce od wielu lat. Nigdy nie stronił od mediów, jest po lewej stronie sceny politycznej jednym z celebrytów. Jednak opowiadanie o swoich bardzo prywatnych sprawach i oskarżanie byłej partnerki na łamach prasy – na dodatek to kontekście toczącego się sporu sądowego – jest żenującym występem. No, chyba że według lewicowych norm taka „otwartość” jest jak najbardziej na miejscu.