Byli szefowie służb specjalnych oraz urzędujący szef CBA mieli być inwigilowani przez specjalnie utworzoną w MSW grupę. Akcją rzekomo kierował Bartłomiej Sienkiewicz. Resort i były minister zaprzeczają - informowaliśmy w ubiegłym tygodniu.
O tej sprawie pisze także Piotr Nisztor w publikacji "Media na celowniku Sienkiewicza" ujawniając na łamach "Gazety Polskiej" nieznane początki afery.
"Oprócz kierownictwa CBA inwigilowany był też Jacek Dobrzyński, rzecznik prasowy Biura. W ramach prowadzonych działań podsłuch założony był na jego służbowym telefonie, powszechnie dostępnym dla dziennikarzy. Dlaczego służby zainteresowały się rzecznikiem CBA? Wszystko... przeze mnie. Zaczęło się od tego, że kilka dni przed wybuchem afery taśmowej skontaktowałem się z Dobrzyńskim, aby zapytać go o spotkanie Pawła Wojtunika z ówczesną wicepremier Elżbietą Bieńkowską. Już wówczas – co opisałem w książce „Jak rozpętałem aferę taśmową” – byliśmy śledzeni. Dziś mogę się też domyślać, że nasza rozmowa, do której doszło w okolicach placu Zbawiciela w Warszawie, została nagrana z mikrofonów kierunkowych.
Z kolei kilka dni później – gdy na łamach tygodnika „Wprost” ukazały się już stenogramy z pierwszymi nagraniami rozmów z warszawskich restauracji – wykonałem telefon do Dobrzyńskiego. W trakcie rozmowy żartobliwie podziękowałem mu za przekazanie taśm. Niestety, dziś wiem, że funkcjonariusze słuchający tej rozmowy nie znali się na żartach, a moje słowa potraktowali bardzo poważnie. Na ich podstawie sporządzili klauzulowaną notatkę, z której wynikało jedno: taśmy otrzymałem z CBA. Gdy się o tym dowiedziałem, po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że profesjonalizm części polskich służb jest fikcją."
Więcej na ten temat w najnowszym numerze "Gazety Polskiej" od środy dostępnym w kioskach