Od kilku dni trwa debata, wręcz międzynarodowa, nad słowami obecnego ministra spraw zagranicznych Grzegorza Schetyny, który na antenie Polskiego Radia odniósł się do zamieszania z udziałem rosyjskiej delegacji podczas obchodów rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz.
- To front ukraiński, pierwszy front ukraiński i Ukraińcy wyzwalali, bo tam żołnierze ukraińscy byli wtedy w ten dzień styczniowy i oni otwierali bramy obozu i oni wyzwalali obóz - stwierdził Schetyna, a w Moskwie zawyli z oburzenia.
O tych słowach dyskutowano również dzisiaj podczas programy "7 dzień tygodnia" w Radio Zet. Głos zabrał m.in. Stanisław Żelichowski z PSL, który znany jest z rozmaitych dykteryjek i anegdot, ale raczej neutralnych. A dzisiaj "poszedł po bandzie". Porównał ministrów koalicyjnego rządu do... swojego psa (rasy nie znamy, ani jak się wabi).
- Ten i poprzedni minister, jak wyczują kamerę, to zachowują się jak mój pies, kiedy wyczuje drzewo. Jak się dużo mówi, to się zawsze powie słowo za dużo - powiedział w programie Moniki Olejnik, wywołując rozbawienie innych gości.
"Poprzedni" to oczywiście Radosław Sikorski, który znany był głównie z aktywności twitterowej, a w ostatnich miesiącach urzędowania zasłynął wywiadem dla amerykańskiego portalu politico.com. Przede wszystkim stwierdzeniem: "Chciał (Putin), żebyśmy uczestniczyli w podziale Ukrainy".
"Od lat wiedzieliśmy, że tak myślą. Była to jedna z pierwszych rzeczy, jakie Putin powiedział premierowi Donaldowi Tuskowi w czasie jego wizyty w Moskwie. Mówił, że Ukraina jest sztucznym krajem, a Lwów jest polskim miastem i dlaczego by nie załatwić tego wspólnie. Na szczęście Tusk nie odpowiedział. Wiedział, że jest nagrywany" - cytował portal Sikorskiego.