Propagandowe wybiegi Macieja Laska. Strach przed prawdą
W rządowym zespole ds. wyjaśniania katastrofy smoleńskiej nastąpiło wyraźne ożywienie.
Autor: Grzegorz Wierzchołowski
W ubiegłym roku, o tej samej porze, zespół Macieja Laska i inne ośrodki prorządowej propagandy w sprawie Smoleńska także zaczęły przejawiać nadzwyczajną aktywność. Ujawniono m.in. rzekomo „kompromitującą” treść zeznań naukowców biorących udział w Konferencjach Smoleńskich, a następnie rozpętano nagonkę wobec ekspertów współpracujących z zespołem parlamentarnym Antoniego Macierewicza.
Wybór terminu nie był przypadkowy, gdyż w cieniu tego spektaklu medialnego umorzono cywilne śledztwo smoleńskie, które mogło zaszkodzić zarówno Donaldowi Tuskowi i byłemu szefowi jego kancelarii Tomaszowi Arabskiemu, jak i Radosławowi Sikorskiemu, eksministrowi obrony Bogdanowi Klichowi oraz byłemu szefowi MSW Jerzemu Millerowi.
Dziś, gdy zbliża się III Konferencja Smoleńska, a śledztwo prokuratury wojskowej zmierza ku końcowi, zespół Laska znowu postanowił przypomnieć o swoim istnieniu. Rządowi eksperci odpowiedzieli m.in. na tekst zamieszczony przed dwoma tygodniami w „Gazecie Polskiej”. Ujawniliśmy w nim, że prokuratura od trzech lat jest w posiadaniu ekspertyzy, z której wynika, iż Tu-154 przeleciał 10 kwietnia 2010 r. przynajmniej kilka metrów nad tzw. smoleńską brzozą.
Ale według Macieja Laska nasz artykuł „to wynik fałszywej interpretacji błędnie wybranych danych”. Jakie argumenty przedstawiają rządowi specjaliści? „Tabela wysokości, na którą powołuje się autor, nie zawiera rzeczywistych wysokości konkretnych punktów, w których znajdowały się przeszkody, lecz wyliczone wysokości w różnych odległościach od lotniska (co ponad 70 metrów). Dlatego dane te nie mogą stanowić podstawy do wnioskowania o możliwości zderzenia z przeszkodami terenowymi” – twierdzi Lasek.
Szkopuł w tym, że w artykule uwzględniliśmy fakt, iż w ekspertyzie podane są dane dotyczące wysokości nad punktami znajdującymi się co kilkadziesiąt metrów. Pisaliśmy: „W dokumencie można przeczytać, że w odległości 928 m od progu pasa samolot leciał na wysokości 4 m nad progiem pasa (czyli 259 m n.p.m.), a w odległości 849 m od progu pasa znajdował się już na poziomie 7 m nad progiem pasa (czyli 262 m n.p.m.). Brzoza smoleńska, co stwierdza raport MAK, rosła tymczasem w odległości 855 m od progu pasa startowego i – uwaga – na wysokości 248 m n.p.m. Oznacza to, że według ekspertyzy ATM, samolot w chwili rzekomego zderzenia się z »pancernym« drzewem leciał na wysokości od 11 do 14 m nad powierzchnią gruntu”.
Innymi słowy: przyjęliśmy oczywiste założenie, że między dwoma podanymi w ekspertyzie punktami (w odległości 928 m i 849 m od progu pasa) samolot leciał na wysokości od 4 do 7 m nad progiem pasa (przy czym ten ostatni punkt znajdował się w odległości zaledwie 6 m od brzozy). Nie ma w tym nic niezrozumiałego, chyba że zespół Laska uważa za prawdopodobne, iż Tu-154 w którymś momencie między tymi punktami zaczął nagle lecieć niemal pionowo w górę lub w dół.
Lasek zarzucił też „GP” „wyrywkowe” dobranie danych – np. pominięcie „informacji mówiącej o tym, że samolot pozostawał sprawny do momentu, kiedy nastąpiło uderzenie lewym skrzydłem w drzewo”. Jest to kuriozalny argument, bo maszyna nie mogła stracić sprawności akurat po zderzeniu z drzewem, skoro z tabeli wysokości jasno wynika, że nad nim przeleciała. Wreszcie zespół Laska sformułował jeszcze cięższy zarzut: „»GP« nie posiada chyba stosownych uprawnień do dostępu do materiałów zgromadzonych w trakcie prowadzonego śledztwa, ale najwyraźniej nie jest to dla nich żadną przeszkodą”.
Więcej w najnowszym wydaniu tygodnika „Gazeta Polska”.
Autor: Grzegorz Wierzchołowski
Źródło: Gazeta Polska