- W dniu wypisu Eugeniusza z neurochirurgii i przenosin na sąsiedni oddział rehabilitacji neurologicznej, pani ordynator wręczyła nam receptę na trzymiesięczną dawkę lekarstw i pieluch - opowiada Irena Wałach, która zdziwiła się, że szpital ich nie zapewnia. Ponieważ dyrektor szpitala był nieuchwytny poszła na rozmowę do pani ordynator poprosić ją o wyjaśnienia, która powiedziała, że "rehabilitacja jest jak sanatorium i trzeba płacić", a wykup recept kosztował Irenę Wałach ponad 600 zł.
Po interwencji Wałach w NFZ, szpital przysłał jej pocztą oficjalne przeprosiny "za pomyłkę". Po okazaniu rachunków za wykup lekarstw oddał też pieniądze. Wątpliwości budzi jednak nadal wymóg przynoszenia pieluch, mleka modyfikowanego i witamin na oddział dziecięcy szpitala. Monika z Chrzanowa, która trafiła tam z chorą na zapalenie oskrzeli córeczką, musiała zaopatrzyć ją w pełną wyprawkę. - Kazano mi przynieść pampersy, mleko, witaminę D, którą kilkumiesięczne maluszki muszą codziennie zażywać, a nawet syropek przeciwgorączkowy i herbatkę ziołową. Sami podawali tylko antybiotyk - mówi Monika, która uważa, że w szpitalu wszystkie leki powinny być zapewnione.
Dyrektor szpitala Krzysztof Kłos uważa jednak, że lekarze mają obowiązek podawania na oddziałach tylko tych leków, które są niezbędne do leczenia przypadłości, z którą chory trafił do szpitala. - Jeśli dziecko trafiło z zapaleniem oskrzeli to leki na tę chorobę są mu podawane. O dodatkowe witaminy, które regularnie połyka, powinna zadbać już rodzina - uważa Kłos - informuje w gazetakrakowska.pl.