Z wolnością słowa w Polsce nie jest dobrze, o czym świadczą ostatnie wyroki w sprawie zakłócenia wywiadu Zygmunta Baumana, ale póki co o katastrofie smoleńskiej można mówić inaczej niż Tatiana Anodina i Maciej Lasek.
Dziś Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił pozew 67-letniego Edwarda O., który domagał się od prezesa PiS 300 tys. zł zadośćuczynienia za naruszenie swych dóbr osobistych. Powód twierdził, że jako osoba „zdrowo myśląca” poczuł się osobiście dotknięty słowami Jarosława Kaczyńskiego, który w październiku 2012 r. oświadczył, że „zamordowanie 96 osób, w tym prezydenta RP, innych wybitnych przedstawicieli życia publicznego, to niesłychana zbrodnia”. Podkreślił też, że każdy, kto choćby przez matactwo miał z nią cokolwiek wspólnego, musi ponieść konsekwencje. Prezes PiS tak komentował wtedy informacje „Rzeczpospolitej” o trotylu na wraku tupolewa.
Powód - z zawodu stroiciel fortepianów - wyjaśniał, że po tych słowach prezesa PiS... „utracił poczucie bezpieczeństwa”. Zarazem przyznał, że wypowiedź pozwanego nie była skierowana bezpośrednio do niego.
Strona pozwana wnosiła o oddalenie powództwa w całości jako bezpodstawnego.
Sąd uznał, że nie doszło do naruszenia dóbr osobistych powoda. - Każdy może mieć określone zdanie na temat tej katastrofy - mówiła sędzia Janina Dąbrowiecka w uzasadnieniu wyroku. Dodała, że ma do tego prawo zwłaszcza pozwany, który w Smoleńsku stracił brata i bratową i jest jednym z pokrzywdzonym w śledztwie ws. katastrofy.
- Jeśli sąd zasądziłby w takiej sprawie przeprosiny lub zadośćuczynienie, byłoby to ograniczeniem wolności słowa - dodała sędzia.