Gdy do kin trafia kolejna ekranizacja Nowego Testamentu, nie można uciec od pytania: dlaczego ona powstała? Czy twórcy filmowej historii Zbawiciela mieli na uwadze tylko ewangelizację? - pyta "Gazeta Polska Codziennie". Choć film „Syn Boży” ma ambicje pokazać więcej niż „Pasja” Mela Gibsona – bo poza męką Jezusa opowiada też o czasie nauczania – to tak naprawdę pokazuje mniej.
Filmowcy, robiąc film na znany temat, zdają sobie sprawę, że ich dzieło będzie porównywane z poprzednimi wersjami historii. Rozgłos i ranga artystyczna „Pasji”, a także popularność autora, sprawiły, że mimo upływu 10 lat film ciągle żyje w świadomości odbiorców. Zestawienie „Syna Bożego” w reżyserii Christophera Spencera z dziełem Mela Gibsona sprzed dekady jest nieuniknione.
Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z hollywoodzką superprodukcją. Są tu epicki rozmach, piękni, choć nie zawsze znani aktorzy, antyczne wnętrza, historyczne kostiumy, zdjęcia lotnicze, monumentalne scenografie, atrakcyjne plenery i znane nazwiska autorów muzyki. Niestety z każdą kolejną sceną filmu spotykają nas rozczarowania. Główne postacie są przesłodzone jak bohaterowie serialu dla gospodyń domowych (nawet najbardziej dramatyczne sceny nie naruszają makijażu Marii). Z epickiego rozmachu zostaje niewiele. Kamera z czasem wybiera raczej bliskie plany, a wnętrza i scenografia okazują się wirtualne. Muzyka, poza tematami granymi na etnicznych instrumentach, w większości wykonana jest na instrumentach elektronicznych udających orkiestrę. Scenariusz pomija sporo niezmiernie ważnych wątków, wybierając tylko niektóre epizody.
Więcej w "Gazecie Polskiej Codziennie".