„Mój kraj, mój świat” – początkowo raził mnie ten tytuł. Wydawał się nieco przesadzony, patetyczny. Dopiero po przeczytaniu książki udało mi się go rozszyfrować. Autor, choć obserwuje Polskę z perspektywy Brukseli, w opisie naszej rzeczywistości nie używa popularnej formuły „w tym kraju”, stosowanej w celu zaznaczenia dystansu do Polski. Jak bowiem mniemają niektórzy, ten katolicki i ciągle patriotyczny kraj jest nieustannym powodem do wstydu na salonach Brukseli i Strasburga. Dla Ryszarda Czarneckiego jest źródłem dumy, ale też przedmiotem ogromnej troski. Pisząc o Polsce, autor zawsze używa sformułowania „mój kraj”.
Czytając książkę Czarneckiego, możemy się przekonać, jak trafnie definiuje on interes narodowy. Jak w odróżnieniu od polityków przyjmujących europejską optykę, potrafi upominać się o polskie korzyści. Przypomina poważne zaniedbanie premiera Tuska, gdy na forum Parlamentu Europejskiego nie wykorzystał szansy, by umiędzynarodowić śledztwo smoleńskie. Pokazuje przykłady fatalnych decyzji rządu dotyczących kwestii gospodarczych. Wraca nieustannie do problemu godności i prestiżu Polski. Autor ostrzega przed groźnym programem awanturników z RAŚ, a także rozlicza koalicję z zaniechania prowadzenia polityki historycznej. Zna świetnie kulisy dyplomacji, stąd precyzyjnie i z ironią punktuje działania premiera wobec głównych graczy na unijnej arenie. Czarnecki w swoich felietonach obnaża fatalne decyzje ministra Sikorskiego, dotyczące relacji Polski z Rosją oraz Niemcami. Jest znakomicie zorientowany w sprawach Ukrainy. Z przedmowy Tomasza Sakiewicza wynika, że to właśnie Czarnecki był pierwszym politykiem Parlamentu Europejskiego, który przemawiał na kijowskim majdanie.
Książka ma porządek chronologiczny i opisuje wydarzenia z ostatnich trzech lat. Chociaż autor komentuje bieżące sprawy, to temperament państwowca, połączony z poczuciem humoru i erudycją, nadają książce wymiar uniwersalny.