Co tym razem zarzuca się Piotrowi Staruchowiczowi? Gdy miał orzeczony zakaz stadionowy, musiał stawiać się w policyjnym komisariacie w dniu, w którym Legia Warszawa rozgrywała mecz. Kilka razy tego nie zrobił, a gorliwa prokurator z Wołomina uznała nieobecności za nieusprawiedliwione i uznała to za sprawę tak ważną, że wszczęła śledztwo.
- Zarzuty miały być postawione w dniu, gdy Staruchowicz brał ślub. Teraz jest akt oskarżenia, ale to sprawa od początku absurdalna - tłumaczy mecenas Wąsowski.
Prokurator najpierw twierdziła, że nieusprawiedliwionych nieobecności było co najmniej kilka. Ale większość z nich miała miejsce w czasie, gdy Staruchowicz, przebywał w... areszcie! Została więc tylko jedna data, która teraz pojawiła się w akcie oskarżenia.
- Problem w tym, że akurat wtedy mój klient przebywał w szpitalu, bo miał zaplanowany zabieg ręki. Jeśli dobrze pamiętam to w szpitalu MSWiA. Normalnie taka nieobecność byłaby usprawiedliwiona, ale w przypadku Staruchowicza mamy do czynienia z ciągiem szykan. I nie inaczej należy traktować tę sprawę - podkreśla adwokat.
Mecenas Wąsowicz dziwi się również, że w tak banalnej sprawie Polska Agencja Prasowa przygotowała depeszę. I w pierwszym akapicie pisze, że Staruchowiczowi grozi do 2 lat pozbawienia wolności. Zacytowała nawet całą treść artykułu 244a Kodeksu karnego. Nie może być przecież wątpliwości z jak groźnym (dla Donalda Tuska?) człowiekiem mamy do czynienia. A że zarzuty wzbudzają śmiech prawników? To nieistotne.