Generał Polko przypomina, że to właśnie Bronisław Komorowski przekonywał, że wprowadzenie wskaźnika 1,95 w budżecie ma zagwarantować wojsku pewną stabilność i zapewniał, że dzięki temu nie będziemy marnować pieniędzy na programy, z których później trzeba będzie rezygnować. Okazuje się, że taka koncepcja w stosunku do planowania wydatków w armii jest nieporozumieniem.
- Jak można planować strategicznie jeżeli ja nie wiem jaki będę miał budżet za rok, bo ten wskaźnik z tego co widzę będzie zawieszony, czy usunięty, czyli tak naprawdę nie wiadomo jak wojsko ma planować swoje wydatki. Zaczniemy coś, później zabraknie nam pieniędzy i okaże się, że jeszcze więcej stracimy. Dziś nazywamy to strategią Komorowskiego – tak nazywa to szef biura Bezpieczeństwa Narodowego. Strategia ta, to tak naprawdę odejście od tego, by ten budżet był stabilny, a jej wprowadzenie oznacza, że będziemy siedzieć na przysłowiowym „tyłku” na miejscu i nie będziemy korzystać z możliwości zdobywania doświadczenia w działaniach bojowych i w działaniu z naszymi kooperantami, sojusznikami z NATO. Ja sobie nie wyobrażam wspólnych działań w obronie naszych granic, jeżeli nie będzie wspólnych misji NATO poza granicami kraju w tych strefach, które wymagają interwencji międzynarodowej – tłumaczy gen. Roman Polko.
Pytany o to, co będą oznaczały dla obronności kraju zapowiedziane przez prezydenta i MON cięcia w budżecie dla armii, gen. Roman Polko przyznaje, że choć będziemy mieć wojsko posiadające doświadczenie w boju, zdobyte „kosztem żołnierskiej krwi”, wszystko pójdzie na marne, ponieważ żołnierze nie będą dysponowali odpowiednim sprzętem, a to z kolei znacznie osłabi naszą pozycję i wiarygodność w NATO.
- W Polskim interesie narodowym jest wzmacnianie tego sojuszu jak najbardziej i dążenie do tego, by wszystkie kraje utrzymywały ten minimalny, ale jednak potencjał, który jest w stanie przeciwstawić się zagrożeniom zza wschodniej granicy. Nasze położenie geopolityczne wskazuje na to, że powinniśmy dążyć właśnie w tym kierunku, lecz okazuje się, że po tych decyzjach w NATO będziemy jednym ze słabszych ogniw i trudno będzie wymagać czegoś od kooperantów, jeżeli sami będziemy słabi – tłumaczy gen. Polko.
Odnosząc się do wysokości cięć w armii, które sięgną aż 3 mld zł gen. Polko stwierdził, że w perspektywie finansowania armii są to ogromne pieniądze, a zachowanie szefa MON, który bagatelizuje całą sytuację to kpina z podatników. Odebranie takich pieniędzy armii oznacza, że wojsko wbrew zapewnieniom MON będzie miało poważne problemy z realizacją programów modernizacji armii.
- W praktyce armia tak naprawdę już od początku tej pseudo-profesjonalizacji ma problemy finansowe. Trudno jest budować nowoczesną armię. Wymaga to drastycznej przebudowy, infrastruktury, sprzętu, wyposażenia. Podejmując się tych programów modernizacyjnych, dostosowawczych do wymogów NATO i redukując armię, była oczywiście na to zgoda naszych sojuszników, ale oni oczekiwali, że takie rozwiązania pozwolą na podniesienie jakości wojska. Gdy postanowiono odejść od koncepcji półmilionowej armii, którą mieliśmy w PRL i podjęto decyzję o pozostawieniu nie 150 tys. Żołnierzy, jak proponował prezydent Lech Kaczyński, lecz tylko 100 tys., promowano ten pomysł hasłem, że teraz ważna jest jakość, a nie ilość. Dobrze, niech będzie sto tysięcy, ale dobrze wyposażonej armii. Teraz jednak okazuje się że będziemy mieć jedynie stutysięczną armię, która w dodatku będzie niedoposażona i w której nie będzie nawet specjalnie na czym się szkolić. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale to, co dzieje się w marynarce wojennej, gdzie właściwie całkowicie jest rozbity system obrony przeciwlotniczej kraju, czy też nawet lotnictwo, którego nawet tych kilka F16 nie jest w stanie uratować. Mniej widoczne, ale jednak też wojska lądowe, które też potrzebują nowoczesnej technologii, dronów, czy sprzętu informatycznego do łączności. Gdzie nie popatrzymy, tak naprawdę mamy problemy – zauważa gen. Roman Polko.