Z okazji 40-lecia dostajecie państwowe nagrody, na festiwalu w Opolu okazaliście się ikoną, a lada moment wybudują kabaretowi Elita pomnik. Czy to nie jest tak, że…
…pora umierać? (śmiech). Po odebraniu nagrody z pewną obawą spojrzałem w lustro, ale za głową nie dostrzegłem żadnej poświaty, więc jestem dziwnie spokojny, że te nasze sukcesy rozejdą się po kościach.
Jesteście w formie. Na koncertach prezentujecie się chwacko, a za wami stoi świetna orkiestra. Skąd macie tyle energii?
Muzyczne walory oddaliśmy w ręce młodych jazzujących muzyków. Dzięki temu piosenki Janka Kaczmarka są wykonywane w różnych aranżacjach. Postawiliśmy na młodych ludzi i oni podładowali nas swoją energią.
A pomyśleć, że miał Pan być inżynierem…
Moja mama skrycie liczyła na to, że zostanę statecznym inżynierem elektrykiem. Niestety się nie udało. Spotkanie z Jankiem Kaczmarkiem i Tadeuszem Drozdą w trakcie studiów kazało mi myśleć, że dyplom uczelni będzie tylko na pamiątkę. Czułem, że kabaret stanie się moim miejscem pracy i sposobem na życie.
Jest różnica między satyrykiem a błaznem, tak jak między śmiechem a rechotem. Rechotu jest chyba coraz więcej. Co się dzieje z polską satyrą?
Pamiętam, jak będąc dzieckiem, poszedłem z moim śp. tatą do cyrku. Klaun cyrkowy wyciągnął z ogromnego futerału maleńkie skrzypeczki. I grał na tych skrzypeczkach, wzbudzając śmiech widowni. W polskim kabarecie treści jest tyle, co tych malutkich skrzypeczek, a ten futerał to obudowa, przerost formy nad treścią. My zawsze byliśmy kabaretem ubogim w formie. Najważniejsze było u nas słowo, dlatego tak bardzo sprawdzało się to w radiu. Nie potrzebowaliśmy rekwizytów ani przebierania się. Teraz z kabaretami jeżdżą ciężarówki sprzętu. Więc sporo się zmieniło, ale chyba nie na lepsze. Wtedy widz miał satysfakcję, że rozszyfrował inteligentną aluzję. Dziś wystarczy greps. Rechot jest reakcją organizmu, śmiech reakcją mózgu.
Całość wywiadu w "Gazecie Polskiej Codziennie"