Grzegorz Kucharczyk zauważa, że „Gazeta Wyborcza ” straszy Polaków od ponad dwudziestu lat. Zaraz po odzyskaniu niepodległości redakcja straszyła systemem wielopartyjnym do którego nasz naród nie dorósł. Później gazeta wykorzystywała demony nacjonalizmu, dekomunizacji, lustracji, integryzmu Kościoła, państwa teokratycznego, antysemityzmu, zaściankowości, ksenofobii itp.
Zdaniem autora redaktorzy z Czerskiej zawsze wiedzą co nam zagraża. W zależności od okresu może to być ZChN, rządy Kaczyńskich, homofonia czy rusofobia Polaków. Z tego właśnie względu Grzegorz Kucharczyk postanowił wnikliwie przeanalizować większość tych strachów, obficie korzystając przy tym z cytatów.
Poniżej fragment książki „Strachy z Gazety” dotyczący psychoanalizy polskiej prawicy po 1989 roku:

Używana przez „Gazetę Wyborczą” metodologia tworzenia nazewnictwa dla odradzającej się w Polsce po 1989 roku prawicy polegała przede wszystkim na wzbudzaniu i utrwalaniu wśród czytelników przekonania, że „[…] kierunki prawicowe zajęte są głównie eksponowaniem swego patriotyzmu i katolicyzmu, w sposób przedstawiający innych jako wrogów narodu i religii. Niedowład programu politycznego zmusza w tym przypadku do kreowania sobie wrogów. Pożywką tego nurtu staje się problem niemiecki. W sytuacji wymagającej rozważnej polityki prawica rozbudza jedynie fobie”. Prawica to: frustraci, pieczeniarze, ludzie obsesyjnie potrzebujący wroga, wyznawcy spiskowej teorii dziejów, widzący „sieć lewicowego spisku oplatającego świat od Moskwy po Watykan”.
Dość szybko doszedł również zarzut antysemityzmu. W czerwcu 1990 roku Teresa Bogucka, wyliczając obsesje prawicy, obok antyniemieckiej fobii dostrzegła chorobliwą obawę przed „podstępnym żydostwem”. Trzy miesiące później w tym samym duchu pisał Skalski: „Większość tych, którzy prawicą są i którzy jako prawica się deklarują, zajmują się tropieniem lewicy czy raczej wmawianiem lewicowości swym przeciwnikom politycznym. […] Określenie «lewica» pełni podobną rolę jak na znacznie niższym szczeblu kulturalnym pojęcie «Żyd». Kto zły, ten «Żyd», ewentualnie lewicowiec. Trzeba jeszcze tylko zapewnić, że się nie jest anty semitą lub że się szanuje nowoczesną, niekomunistyczną lewicę”.
Zanim przyjrzymy się bliżej konkretnym przykładom dostrzeganych przez „Gazetę Wyborczą” „prawicowych frustracji i fobii”, warto zauważyć, że do wiosny 1990 roku na łamach dziennika obecny był ton krytyczny nie tylko wobec partii prawicowych, ale wobec partii politycznych jako takich. Partyjna różnorodność to coś złego. Jak pisała w czerwcu 1990 roku Teresa Bogucka: „[…] przeciętny obywatel patrzy na politykę i widzi polskie piekło pełne pretensji, urazów, insynuacji […]. Nowych partii, bez względu na barwę, nie tylko nie obchodzi dylemat, jak przejść od państwa komunistycznego do normalnego, ani jakie są problemy poszczególnych grup społecznych, które można by reprezentować. Nie interesuje ich społeczeństwo jako elektorat”. Generalnie, przekonywała publicystka, podział na lewicę i prawicę, generowany miedzy innymi przez „wojnę na górze”, sprawia, że „nie jesteśmy w Europie, tylko w jakimś zaścianku pełnym historycznych widm i pojęć”. Skalski w kwietniu 1990 roku powracał do tezy, że „[…] lepiej mieć jedną – i choćby przez to niedoskonałą – liczącą się siłę polityczną niż żadną. A demontaż «Solidarności» nie sprawi, że jej miejsce szybko zajmą wielkie i nowoczesne partie”. Widmowość kształtującego się polskiego systemu partyjnego ustała, w ocenie „Gazety Wyborczej”, latem 1990 roku. Zwłaszcza po tym, gdy jej naczelny zgłosił formalny akces do jednej z partii politycznych (Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna). Przy czym zespół dziennika w lipcu 1990 roku spieszył z zapewnieniami: „Nie oznacza to, że «Gazeta Wyborcza» stanie się organem tego czy innego ugrupowania. […] Naszym celem jest wydawanie dobrej gazety niezależnej”.
Chociaż publicyści gazety nawoływali, by „poczekać z podziałami” i inkryminowali prawicy usilne poszukiwanie wroga, to jednak ich wizja polityczna ukształtowana była właśnie wedle modelu podziału. Podział był wyraźny, dychotomiczny, artykułowany niejednokrotnie w apokaliptycznej scenerii (słownej) zbliżającego się „decydującego starcia”. Na przykład Adam Michnik już w październiku 1989 roku przestrzegał, że w Polsce „idea demokratyczna zderzać się będzie teraz z tęsknotą za autokracją; idea europejska z nacjonalistycznym zaściankiem, społeczeństwo otwarte ze społeczeństwem zamkniętym”. Rok później dostrzegał zaś – a to w kontekście prezydenckich ambicji Lecha Wałęsy – realną groźbę zaistnienia polskiej odmiany peronizmu. Często publikujący w „Gazecie Wyborczej” profesor Jerzy Jedlicki odwoływał się w 1990 roku do pojęcia „dwóch Polsk”: „Jak w roku 1918, tak i teraz – po latach uśpienia – dwie Polski budzą się razem do nowego życia. Polska otwartych umysłów i serc, boleśnie doświadczona, lecz wierząca we własne siły i gotowa odpowiedzieć na wyzwania nadchodzącego czasu. I Polska zagrzęzła w historycznych kompleksach i uprzedzeniach, podejrzliwa, a zarazem naiwna, zgnębiona powikłaniami historii i gotowa złożyć odpowiedzialność za swój los w ręce swojego wybrańca”. Charakterystyczna była tutaj frazeologia budująca nastrój – na przykład litanijne powtarzanie przez Michnika „boję się”. Obraz polityki jako thrillera wzmacniało odwoływanie się do duchów, zjaw i widm.
W lutym 1990 roku redaktor „Gazety Wyborczej” stwierdzał więc, że „nad Europą Centralną i Wschodnią unosi się cień finału irańskiej rewolucji: od dyktatury do dyktatury”, a „finałem procesu antytotalitarnego może być pułapka wojskowo-nacjonalistycznych dyktatorów”. Do nastroju dodawano uczony autorytet. Leszek Kołakowski podkreślał na przykład w 1990 roku „niepewność epoki demokratycznej”, a jednym ze „źródeł sił antydemokratycznych” był dla niego „wzrastający na całym świecie złośliwy nacjonalizm” (…).
Książka do kupienia w Księgarni Gazety Polskiej