Pierwsza wiązała się z publikacją „Rzeczpospolitej”. Od momentu podjęcia decyzji o druku tekstu Cezarego Gmyza, moim zdaniem dosyć solidnie udokumentowanego, rozpoczęła się gra pomiędzy rządem, prokuraturą a właścicielem gazety oraz jednym z zastępców redaktora naczelnego Andrzejem Talagą. Talaga najpierw doprowadził do zaostrzenia wydźwięku tego tekstu, a potem, zaraz po konferencji prokuratury, stał na czele tych, którzy się od niego odcinali. Sama konferencja nie poczyniła takich szkód jak wycofanie się redakcji z własnych doniesień. PiS nie musiał nawet mocno reagować, by w tej sytuacji stać się ofiarą zamieszania. Z punktu widzenia Tuska Talaga odwalił kawał dobrej roboty.
Kolejnym strzałem do PiS były obchody 11 listopada. Mimo formalnego braku udziału kierownictwa PiS, odpowiedzialnością za awantury parudziesięciu ludzi w kominiarkach obarczono „szeroko pojętą prawicę”. Jednocześnie sporo osób z prawej strony dało się przekonać, że wokół tego marszu powstaje jakaś alternatywa dla partii Kaczyńskiego. PiS w mediach oberwał więc podwójnie. Poważnej alternatywy nie będzie, a próba przerzucenia odpowiedzialności za jakiekolwiek awantury skończy się w dniu, gdy do opinii publicznej dotrze, że założyciele „ruchu narodowego” z PiS nie mają wiele wspólnego. Propaganda rządowa będzie musiała coś wybrać. Na razie wybiera obraz warchołów, który ostatecznie ma uzupełnić terrorysta Brunon K. Nie trzeba eksperta, by zauważyć, że człowiek ma nie w porządku w głowie. Przez rok na oczach ABW popełniał przestępstwa, werbując ludzi do podejrzanych szkoleń i gromadząc broń. ABW prawdopodobnie mogło zwinąć go miesiąc temu i za miesiąc. Wkroczyli, gdy było to dla nich wygodne.
To wszystko daje efekty propagandowe, szczególnie gdy, tak jak w przypadku „Rzeczpospolitej”, kluczowe tezy dla przekazu PiS kontrolował przeciwnik. Tylko że na dłuższą metę takie sztuczki nie działają. Im mocniej będą stosowane, tym szybciej Polacy z nich wyrosną. Oczywiście warsztat manipulacyjno-propagandowy ekipy Tuska doskonali się. Pomiędzy bezczelnym numerem ze łzami posłanki Sawickiej a polskim Breivikiem nastąpił wyraźny postęp. Polacy nie łapią się już na litość, jednak ciągle jeszcze kupują grozę. Ciekawe, co będzie modne w przyszłym sezonie?