Asem w rękawie szefa PO miało być wsparcie Janusza Palikota. Obecnie ta partia staje się potężną kulą u nogi. Palikot znalazł się w trudnej sytuacji – musi udowadniać, że to on jest prawdziwą opozycją. W przeciwnym razie jego miejsce zajmie SLD, a PiS będzie jedyną realną alternatywą do rządzenia Polską.
Tusk miał nie najgorszy pomysł na niepodzielne i niepodważalne rządy przez najbliższe cztery lata: licytację pomiędzy koalicjantem (PSL) a SLD i Palikotem – kto lepiej wesprze rząd. Początkowo rzeczywiście licytacja na przydatność dla rządu odbywała się z korzyścią dla Tuska. Pomysł premiera miał jednak ogromną wadę: opierał się na wierze w nieustającą popularność jego ekipy. W momencie, gdy poparcie dla PO zaczęło gwałtownie spadać, licytacja zaczęła się w kierunku odwrotnym: kto jest bardziej opozycyjny. Tusk nie może więc liczyć na poparcie ani ze strony Palikota, ani SLD bez co najmniej oddania znacznej części władzy.
Najgorszym dniem w życiu Janusza Palikota może być ewentualne konstruktywne wotum nieufności dla premiera. Jeżeli poprze Tuska, stanie się jego faktycznym koalicjantem, jeżeli poprze niemal pewną do tego stanowiska Zytę Gilowską, spali za sobą w PO wszystkie mosty. Opozycja musi ścigać się w pomysłach na obalenie rządu, by coraz bardziej rozgniewani wyborcy nie przepłynęli do tego, który wygląda na najbardziej zdesperowanego. Jak na razie protesty na ulicach przejmuje skutecznie prawica. Nawet sprawa ACTA, która powinna być domeną lewej strony, była pokazywana jako protest propisowski. Palikot, który chciał przejąć te demonstracje, dosłownie dostał po głowie. Jeżeli zamiarem obozu rządzącego było wykreowanie własnej, kontrolowanej rewolucji wiarygodnej dla mas, to ten zamiar nie tylko się nie udał, ale wręcz obrócił przeciwko niemu. Prawica w Polsce zaczyna mieć przewagę organizacyjną nad salonem. Kraj oplatają setki klubów „Gazety Polskiej”, coraz częściej współpracują z nimi Rodziny Radia Maryja, a także Solidarni 2010 i ruch im. Lecha Kaczyńskiego. Kluby „GP” powstają jak grzyby po deszczu i zasilane są przez dawnych działaczy "Solidarności", NZS, KPN, Solidarności Walczącej, czyli ludzi nawykłych do organizowania manifestacji i tworzenia drugiego obiegu. Ruch ten wspierany jest systemem niezależnych mediów. Prawicowe media są ubogie i w dodatku zwalczane przez państwo. Jednak mimo problemów finansowych integrują setki tysięcy ludzi, a dla milionów są podstawowym źródłem informacji. Póki prawica będzie umiała wspierać własne media, póty ruch antyrządowy będzie pod jej kontrolą. Sprawę docenia równie mocno obóz władzy. Odnotowywane są coraz liczniejsze próby skłócania poszczególnych organizacji i ludzi. W co najmniej kilku wypadkach działania te są inspirowane przez media udające prawicowe, które mocno osadzone są w dawnych środowiskach Wojskowych Służb Informacyjnych. Jednak fali protestów zatrzymać się już nie da. Polacy zobaczyli w tych protestach nie tylko szansę na włączenie się do realnej debaty, ale także możliwość odsunięcia coraz bardziej nielubianego rządu. Im dłużej Tusk będzie premierem, tym bardziej będzie rósł ruch antyrządowy. Konieczność zmiany premiera staje się dla partii władzy kwestią numer jeden. Problem w tym, że premier nie zamierza i nie może ustąpić, gdyż będzie musiał zapłacić cenę za pięć lat tragicznych rządów, w tym ponieść odpowiedzialność za Smoleńsk. Szansą na jego obalenie będzie więc dogadanie się opozycji wewnątrz PO z Palikotem. Czy to wystarczy na nowy rząd? Nie jest to takie pewne. Próby jednak będą podejmowane, o ile buntownicy nie chcą zostać zaskoczeni wariantem konstruktywnego wotum PiS wobec rządu.
Żaden scenariusz nie jest dzisiaj pewny. Trwanie Tuska interesuje jednak już tylko jego i jego najbliższe otoczenie. Bariera popularności premiera pękła i czeka go coraz szybsza erozja poparcia. Jeżeli jakimś cudem dociągnie do końca kadencji, Polskę będzie czekał scenariusz węgierski. Tego jednak nikt w obozie władzy nie chce. Tusk będzie więc musiał odejść o wiele szybciej.
