Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Wdowy smoleńskie – walka o prawdę

Książka Dariusza Walusiaka „Wdowy smoleńskie” to opowieść kilku dzielnych kobiet, którym sumienie, poczucie przyzwoitości i honor nie pozwoliły milczeć...

Autor:

Książka Dariusza Walusiaka „Wdowy smoleńskie” to opowieść kilku dzielnych kobiet, którym sumienie, poczucie przyzwoitości i honor nie pozwoliły milczeć...

- Wdowy w polskiej tradycji zawsze otoczone były szacunkiem, szczególnie gdy były to wdowy po tych, którzy oddali życie na służbie dla Polski. Często przejmowały rolę swoich zmarłych mężów i kontynuowały ich publiczną lub społeczną działalność. W czasach niewoli czy okupacji nieraz musiały bronić ich dobrego imienia, walczyć o honor, prawdę i sprawiedliwość. Spotykały ich za to szykany... Dlaczego jednak w wolnej podobno Polsce wdowy po mężach, którzy oddali się służbie publicznej i będąc na tej służbie ponieśli śmierć, także muszą walczyć o dobre imię swoich najbliższych, walczyć o honor, prawdę i sprawiedliwość? Dlaczego są narażone na szykany?
Smoleńskie wdowy: Ewa Błasik, Beata Gosiewska, Ewa Kochanowska, Zuzanna Kurtyka i Magdalena Merta, domagając się prawdy, stały się sumieniem narodu.
- czytamy we wstępie do książki.

„Wdowy smoleńskie” autorstwa Dariusz Walusiak, historyka i dokumentalisty to opowieść o kobietach, które pomimo bólu spowodowanego cierpieniem i przeżywania najtrudniejszych chwil swojego życia, mężnie stanęły do obrony pamięci i prawdy.

Portal Niezależna.pl objął patronat medialny nad książką.

Specjalnie dla naszych czytelników publikujemy fragmenty książki:

EWA BŁASIK
Wdowa po dowódcy Sił Powietrznych Rzeczypospolitej Polskiej gen. Andrzeju Błasiku


Czy mąż Pani znał pilotów, którzy usiedli za sterami Tu-154 10 kwietnia 2010 roku?
Mój mąż miał tysiące ludzi pod sobą. Niezwykle cenił sobie prawdę i uczciwość. Musiał mieć zaufanie do swoich lotników. Podkreślał to na każdym kroku. Podstawą dla niego było bezpieczeństwo.
Znał dobrze kpt. Arkadiusza Protasiuka, dowódcę samolotu Tu-154. Niezmiernie go cenił za fachowość. Na początku roku nagrodził go za prawdziwy wyczyn, jakim był lot powrotny z Haiti, gdzie tupolew poleciał z misją humanitarną. W samolocie popsuł się wówczas autopilot i kpt Protasiuk przez wiele godzin ręcznie pilotował tupolewa do Warszawy. W środowisku lotniczym mówiono wtedy o mistrzowskim locie.
Rozmawiałam z pilotami 36. Specpułku, którzy latali z moim mężem. Są zbulwersowani tym, że grupka ludzi, chcąc bronić kpt. Protasiuka, nagadała bzdur dziennikarzom. Ktoś ich podkręca, żeby broniąc załogę, oskarżali mojego męża. To nie ma nic wspólnego z prawdą. Ani kpt Arkadiusz Protasiuk, ani mój mąż nie są winni tej tragedii.

Pani mąż uważany był za PiS-owskiego generała. Czy to mu nie przeszkadzało?
On nigdy nie utożsamiał się z żadną partią.
Nie tylko o nim tak mówiono, także o śp. Admirale Andrzeju Karwecie, który też był mianowany przez prezydenta Kaczyńskiego na stanowisko dowódcy marynarki. To jest wielka głupota. Jak można tak mówić o generałach sił zbrojnych, którzy muszą być ponad podziałami? Traktowanie ich jak jakichś „żołnierzyków” jest uwłaczające i niepoważne.

A jak układała się współpraca gen. Błasika z ministrem Bogdanem Klichem?
Żołnierz służy ojczyźnie, a nie wdaje się w żadną politykę. Razem z mężem szanowaliśmy każdego wybranego demokratycznie prezydenta czy ministra. Dla nas byli to ludzie godni szacunku. Dziwi mnie teraz zachowanie ministra Klicha, który raz mówi, że po katastrofie casy chciał odwołać mojego męża, to znów temu zaprzecza.
Kiedy po katastrofie casy w 2008 roku napisano w gazetach, że chcą zdymisjonować mojego męża, rano zadzwonił minister Klich i zapewniał, że nawet przez myśl mu to nie przeszło. Byłam świadkiem tej rozmowy. A teraz, po śmierci męża, nie dość, że go nie broni, to jeszcze mówi, że chciał go odwoływać. Jestem bardzo ciekawa z jakiego powodu.

Pani mówi, że minister Klich nie broni gen. Błasika. Tymczasem minister twierdzi, że bronił go już na pogrzebie. Gdzie właściwie leży prawda?
Na pogrzebie mówił prawdę. Jak dobrze pamiętam, powiedział: „Jeżeli ktoś podniesie rękę na twój dorobek, to ja będę tego dorobku bronił”. Ale teraz nie wiem, dlaczego tego, o czym mówił, nie robi.


BEATA GOSIEWSKA
Wdowa po ministrze, wiceprezesem Rady Ministrów Przemysławie Gosiewskim


Jak zapamiętała Pani ten dzień, kiedy po raz ostatni widziała męża?
Mąż, jak zwykle, dużo pracował. Ostatnim jego projektem były zmiany do konstytucji. W przeddzień wylotu wrócił do domu nieco wcześniej. Zrobił jeszcze po drodze zakupy. Zresztą część tych zakupów została w samochodzie na parkingu. Bardzo się bał, że nie wstanie o piątej rano, żeby bez problemu dojechać na lotnisko. Poprosił mnie, abym nastawiła budzik. Gdy budzik zadzwonił, obudziłam męża i położyłam się spać. Rano zadzwonił telefon. Ktoś ze znajomych zawiadomił mnie o tym, co się stało. W telewizji na pasku pojawiła się już informacja, że była katastrofa. Wszystko potoczyło się bardzo szybko.
Informacje, jakie napływały, były coraz gorsze. Na początku pierwsze refleksje: wypadek, to niemożliwe… Potem, jak zobaczyliśmy roztrzaskany samolot, to w zasadzie wiedzieliśmy, że raczej nikt nie przeżył. To było zupełne rumowisko. Jeszcze wtedy sądziliśmy, że była to katastrofa. Nie byliśmy w stanie zrozumieć, jak to możliwe, że samolot roztrzaskał się na tak drobne elementy. Z każdym dniem to do nas docierało i zastanawialiśmy się nad tym.
Oczywiście 10 kwietnia śledziliśmy tylko telewizyjne serwisy informacyjne. Mieliśmy tylko stamtąd wiadomości. Ciągle niedowierzaliśmy. Przez kilkanaście lat byłam żoną polityka i wiem, jak wyglądało życie naprawdę, a co pokazywano w mediach. Dla mnie to są dwa różne światy. Jeszcze było niedowierzanie. Pojawiało się coraz więcej pytań i wątpliwości. Na te pytania nikt nie starał się odpowiedzieć. I tak mijały kolejne dni.


EWA KOCHANOWSKA
Wdowa po rzeczniku praw obywatelskich Januszu Kochanowskim


Jaki był ten ostatni moment, kiedy widziała Pani męża?
Banalny i codzienny. Chciałabym zapamiętać coś wyjątkowego z tej ostatniej chwili. Wychylona przez balustradę balkonu wołałam za mężem: „Masz wszystko? Paszport?”. Zdarzało mu się zapomnieć go, a nie chciałam, by się wracał.. Odpowiedział tylko: „Tak, tak”, i zbiegł po schodach.

Pani zamierzała tego dnia oglądać transmisję uroczystości z Katynia?
Tak, zamierzałam. Po jego wyjściu, dosyć wcześnie rano, wróciłam do łóżka, trochę jeszcze przysnęłam. Potem poszłam na spacer z psem. Wróciłam. Nie zdążyłam jeszcze włączyć telewizora, jak zadzwoniła do mnie przyjaciółka z pytaniem, czy Janusz poleciał. Potem powiedziała: „Włącz telewizor”. Tam już podawano informację o katastrofie.
Siedziałam, czekając na córkę. Chciałam tam jechać, szukać go. Wydawało mi się niemożliwe, że w samolocie, który spada z wysokości drzew, były takie zniszczenia i nikt się nie uratował. Wyglądałam przez okno i, patrząc na drzewa, sprawdzałam najwyższe, nawet siedemdziesięcioletnie. Doszłam do wniosku, że to nie jest możliwe, żeby samolot uderzył skrzydłem z tej wysokości. Pamiętam to niedowierzanie, które mi towarzyszy właściwie do tej pory.


ZUZANNA KURTYKA
Wdowa po prezesie Instytutu Pamięci Narodowej Januszu Kurtyce


W jakich okolicznościach dowiedziała się Pani o katastrofie?
W sobotę rano wracałam do Mszany Dolnej na konferencję. Wyjechałam już za Wieliczkę, gdy zadzwoniła moja mama, mówiąc, że właśnie usłyszała w radio, że coś się stało z samolotem prezydenta. Powiedziała, że spadł i że się pali. Wtedy od razu wróciłam do domu. Włączyłam telewizor i dowiedziałam się, że samolot się rozbił i wszyscy zginęli.

Od razu uwierzyła Pani w ten komunikat?
Trudno było nie wierzyć w to, co się zdarzyło. Telewizyjne relacje były wiarygodne. Natomiast bardzo dużo kosztowała mnie wiadomość, jakoby trzy osoby miały przeżyć. Czekanie, kto przeżył. Ta nadzieja, że a nuż może się udało, że to może on.
Parę lat temu zdarzyła się podobna sytuacja. Wiązało się to z zamachem terrorystycznym w londyńskim metrze. Janusz był wtedy w Londynie i w ten właśnie dzień rano miał jechać na lotnisko Heathrow. Jak sobie obliczyłam wszystko po kolei, to właśnie w tym momencie miał się znajdować w centrum, gdzie wybuchły dwie bomby. Przeżyłam wówczas koszmar. Nie mogłam się do niego dodzwonić. Słuchając telewizji, oglądając relacje, byłam maksymalnie zdenerwowana. Nagle zadzwonił telefon. To był Janusz. On się zawsze wszędzie spóźniał, odkąd pamiętam, od wczesnej młodości. Wcześniej dwa razy się spóźnił na samolot na Heathrow. Raz z dramatycznymi konsekwencjami. Musiał wracać przez Wiedeń z przesiadkami, czekając na wolne miejsca w samolotach. Nauczony tym doświadczeniem, tym razem na lotnisko wybrał się dwie godziny wcześniej. Dzięki temu uniknął wybuchu w metrze.
Dziesiątego kwietnia czekałam, że może zadzwoni tak jak wtedy. Każdy kolejny telefon – a dzwonili wtedy różni ludzie ze słowami pociechy, wsparcia – kosztował mnie ogromnie dużo. Za każdym razem podnoszenie słuchawki i rozczarowanie, że to jednak nie jego głos.


MAGDALENA MERTA
Wdowa po podsekretarzu stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego Tomaszu Mercie


7 kwietnia doszło do ważnego wydarzenia. Nad mogiłami żołnierzy polskich w Katyniu pochylili się premierzy Donald Tusk i Władimir Putin. Pani mąż wierzył, że Katyń może pojednać Polaków z Rosjanami?
Tomek nie wierzył Rosjanom. Na pytanie, czy kiedyś nasze kontakty będą układać się dobrze, odpowiadał: „Tak już było, za Jelcyna”. Uważał, że mentalnie narody Wschodu niewiele się zmieniły, i że gdyby Rosjanie dostali rozkaz powtórzenia zbrodni katyńskiej, to by go wykonali. Oni nie postrzegają tego jako straszliwej zbrodni, która nie ma prawa więcej zaistnieć. Mąż wskazywał, iż Niemcom, poddanym denazyfikacji po II wojnie światowej – jak mówił – przeorano umysły. Pokazano ogrom zła, jakim był totalitarny system – faszyzm. Na Wschodzie nigdy do tego nie doszło i w Rosji dowody na to są na każdym kroku. W Smoleńsku nad główną aleją miasta do dziś króluje pomnik Lenina. Widać, że nie do końca zrozumiano, jak potworny był system komunistyczny.

Jak zapamiętała Pani ten tragiczny dzień 10 kwietnia?
Na lotnisko jedzie się od nas tylko kilka minut. Tomek mógł więc wyjść z domu później niż ci, którzy musieli dotrzeć na Okęcie, przebijając się przez Warszawę. Często zdarzało się tak, że jeśli musiał brać udział w jakichś wydarzeniach w weekendy, to nie budził nas, dając nam nieco dłużej pospać. Tym razem miałam na ósmą rano umówioną wizytę z dzieckiem u lekarza. Musiałam także wcześnie wstać. To – jak się później okazało – dało nam szansę pożegnania się. Wtedy widziałam Tomka po raz ostatni rano. Było to takie zwyczajne pożegnanie na parę godzin.

Kiedy dowiedziała się Pani o katastrofie?
Informację, jeszcze niepełną, że samolot prezydencki zahaczył o drzewo, otrzymałam wracając z wizyty u lekarza. Jechałam wtedy samochodem, bardzo martwiąc się stanem zdrowia dziecka i tym, jak Tomek przyjmie wiadomość o wadzie serduszka naszej córki. Nigdy się już o tym nie dowiedział…
Wiadomość o katastrofie była jeszcze enigmatyczna, ale nie pozwoliła mi już spokojnie dojechać do domu. Przyjechała po mnie moja przyjaciółka.
Miałam jeszcze taką absurdalną i głupią nadzieję, że o tym, czy stało się coś najgorszego, dowiem się po zachowaniu naszego psa. Pies czekał na mnie przed domem i zachowywał się bardzo normalnie. Był wesoły, szczęśliwy, że już wróciłam. Przypłynęła wtedy fala nadziei. Uwierzyłam przez chwilę w to, że gdyby Tomek zginął, to nasza suczka, by o tym wiedziała. Okazało się, że psy po śmierci ludzi tylko w literaturze i filmie reagują wyciem, czy też w inny sposób okazują smutek. Zaraz potem przyjechał mój tata i powiedział, że wszyscy zginęli.
Bardzo szybko zadecydowano o ograniczeniu mi dostępu do telewizora, komputera, gazet. Zakaz ten trwał dosyć długo. Przez pierwszy okres, jeśli chodzi o doniesienia medialne, to widziałam tylko listę ofiar wydaną jako załącznik do gazety. Chciałam wiedzieć, kto zginął razem z moim mężem. Z listy tej dowiedziałam się o śmierci Przemka Gosiewskiego, Janusza Kurtyki.

Autor:

Źródło:

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE Polska