Klip robi tak silne wrażenie, że nie zdziwiłabym się, gdyby zainspirował kolejnego, nie do końca zrównoważonego człowieka do ataku na siedzibę którejkolwiek partii czy komitetu wyborczego. Słowa "dorżnąć" i "wypatroszyć" atakują widza, a ich brutalność podbijają wizerunki i głos niewinnych chłopców. Wszystko razem ma charakter wręcz perwersyjny - pisze publicystka "GW" Ewa Siedlecka.
Dziennikarka uważa, że decyzja o zablokowaniu spotu "Codziennej" to nie cenzura, lecz... triumf wolności. W przypadku spotu "GP" też staję po stronie wolności, ale wolności stacji telewizyjnych do odmowy emitowania tego materiału. Nie uważam, by można ją nazwać cenzurą, bo nie mamy do czynienia z zakazem wydanym przez władzę - np. przez Krajową Radę RiTV. Cenzura jest domeną władzy. A tu po prostu telewizje - dwie prywatne, jedna publiczna - uznały, że nie chcą zarobić na spocie, który może naruszać prawo i dobre obyczaje - twierdzi Siedlecka.
Zdaniem autorki artykułu klip reklamowy "Gazety Polskiej Codziennie" niepokojąco kojarzy się z nawoływaniem do nienawiści, jeśli nie do przemocy. Choć przed sądem pewnie przed takim zarzutem obroniłby się, bo słowa "dorżnąć" i "wypatroszyć" są przedstawione jako cytat z "przedstawicieli władzy", a nie przekaz odautorski.
Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny "Codziennej", komentuje w rozmowie z portalem Niezalezna.pl: - "Gazeta Wyborcza" tradycyjnie wspiera działania służące cenzurze. Przypominam, że środowisko "GW", mimo ogromnych wpływów, nigdy nie przeprowadziło np. akcji za wykreśleniem z kodeksu karnego art. 212 (zniesławienie).