- Dwa dni przed wizytą premiera Tuska, Rosjanie wymienili sprzęt nagrywający na wieży kontrolnej, bo ten, który tam był, nie nadawał się do użycia. To był ich pomysł. Jednak już w Moskwie powiedziano nam, że nagranie się nie zachowało. Podobno 10 kwietnia zawiódł kabel łączący kamerę z magnetowidem. Dlatego mimo, że taśma się kręciła, nic się nie nagrało – ujawnia w rozmowie z „Faktem” ppłk pilot Robert Benedict, członek komisji Millera.
W raporcie MAK na str. 82 znajduje się interesujący zapis dotyczący magnetowidu w wieży kontroli lotów:
„10 kwietnia w czasie przygotowania do lotów sprawdzono tylko gotowość magnetowidu do pracy, bez oceny jakości zapisu. Analiza wykazała brak wideozapisu z powodu skręcenia (zwarcia) przewodów pomiędzy kamerą a magnetowidem. Po zaizolowaniu przewodów można było nagrywać”
Członkowie komisji Millera bagatelizują sprawę i tłumaczą, że takie rzeczy się zdarzają, ponieważ taśm nikt w zasadzie nie sprawdza, dopóki nie wydarzy się coś złego. Dopiero wówczas sięga się po nagrania. W przypadku katastrofy smoleńskiej takich nagrań jednak nie ma, ponieważ w przedziwny sposób nowy sprzęt uległ awarii i nic nie zarejestrował.
Przyczynę awarii magnetowidu mogliby wyjaśnić polscy biegli, o ile zostaliby oni dopuszczeni do sprzętu. Wówczas można byłoby jednoznacznie rozstrzygnąć, czy nagranie nie powstało z powodu zwarcia przewodów czy też jednak nagranie powstało, lecz zostało usunięte.