W artykule opublikowanym na łamach „Naszego Dziennika” Romuald Szeremietiew analizując treść raportu komisji Millera zastanawia się, dlaczego komisja uznała, że zawinili polscy piloci.
- Ustalenia komisji Millera można streścić następująco: polski samolot leciał zbyt nisko i za szybko, w gęstej mgle bez kontaktu wzrokowego z ziemią. Za późno próbował odlecieć. Uderzył w brzozę, stracił fragment skrzydła oraz sterowność. I się rozbił - podsumowuje ustalenia komisji Millera Romuald Szeremietiew.
Były wiceminister obrony narodowej zauważa, że choć w raporcie znajduje się opis licznych niedociągnięć strony rosyjskiej, w konkluzji znajduje się stwierdzenie, że w ogóle nie miały one wpływu na katastrofę.
- W tym miejscu można przypomnieć słowa eksperta MAK wypowiedziane w lutym br. na konferencji w Moskwie: „Gdyby na lotnisku w Smoleńsku nie było ani jednego kontrolera, a zamiast tego siedział tam szympans i w języku, który jest niezrozumiały dla jakiegokolwiek człowieka, dla jakiejkolwiek narodowości, jakimś tam bełkotem podawał informacje - nawet ten absurd w jakimkolwiek wypadku nie mógłby być przyczyną katastrofy”. Komisja Millera potwierdziła tę barwną opinię Rosjanina. Autorzy raportu co prawda dywagują, że może byłoby lepiej, gdyby rosyjscy kontrolerzy lotu „podpowiedzieli” załodze polskiego samolotu, w jakiej fatalnej sytuacji się znalazła, ale nie zrobili tego. W każdym razie potwierdzają opinię MAK, że odpowiedzialność spada na polską niedouczoną załogę i dla przyzwoitości - w końcu to polska komisja - dodają rosyjską brzozę, która „urwała” polskiej tutce 6 metrów skrzydła - napisał Romuald Szeremietiew w tekście opublikowanym na łamach „Naszego Dziennika”.
W dalszej części artykułu były wiceminister obrony narodowej stwierdza, że przyczyna urwania części skrzydła podana przez komisję Millera jest bardzo wątpliwa, podobnie jak wątpliwa jest „akrobacja” uszkodzonego już samolotu tuż nad ziemią.
- Można wyobrazić sobie, że piloci usiłowali poderwać maszynę, więc silniki pracowały na maksymalnych obrotach. To by jednak oznaczało, że samolot, spadając, musiałby uderzyć z ogromną siłą w ziemię. Tymczasem w miejscu wypadku nie ma leja w ziemi, ale rozrzucone na sporym terenie fragmenty rozbitej maszyny. Raport mówi, że: "samolot został całkowicie zniszczony w wyniku zderzenia z ziemią". Dlaczego silna i zwarta konstrukcja samolotu rozpadła się na drobne szczątki, zamiast wbić się w ziemię? W Warszawie do samolotu zatankowano ponad 18 ton paliwa. W momencie uderzenia o ziemię było w zbiornikach 11 ton. To paliwo nie wybuchło - nie zapaliło się? Podobno Rosjanie prowadzili jakąś akcję gaśniczą, ale polska strona tylko się domyśla, co robili, bowiem strona rosyjska nie udostępniła żadnych materiałów na ten temat. Takie wątpliwości można mnożyć - tłumaczy Romuald Szeremietiew.