Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Z poradnika komunistycznego agitatora. Jak Tusk i reszta walczą z imperializmem

Antyamerykańska histeria, jaka zapanowała w Polsce po pojmaniu wenezuelskiego dyktatora Nicolasa Maduro, nie jest jedynie „sygnalizowaniem cnoty”, jak mówi się o ludziach na wyprzodki chcących udowadniać swoją rzekomą moralną wyższość. Sprawa ta pokazuje również, jaki jest realny kierunek polityki zagranicznej rządu Donalda Tuska i na jakich nieoczekiwanych (?) sojuszników może on liczyć.

Koronkowa operacja specjalna amerykańskiego oddziału Delta Force, która poskutkowała pojmaniem i osadzeniem w amerykańskim więzieniu samozwańczego prezydenta Wenezueli, pokazała nie tylko, że USA są światowym hegemonem. Pojmanie Maduro należy uznać za realną konsekwencję nie tylko zapowiedzi Donalda Trumpa o tym, że uderzenie w interesy i bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych skończy się źle dla każdego agresora. Można też uznać tę sprawę, podobnie jak przeprowadzony kilka dni później abordaż na rosyjskiej okręty z tzw. floty cieni, za konsekwencję. Maduro i jego wiszący na skraju „osi zła” (Rosja, Chiny, Iran) reżim był przecież postrzegany zarówno przez USA, jak i Unię Europejską (!) za nielegalnie wybranego, a więc „nieistniejącego formalnie” jako przywódca Wenezueli przestępcę. Wenezueli, dodajmy, zmienionej już dawno w zarządzane jak kartel narkotykowy państwo – laboratorium z krwawym reżimem i jego beneficjentami z jednej strony i większością umęczonego społeczeństwa z drugiej. 

Jednocześnie rządzona przez Maduro Wenezuela pozostawała czymś na kształt konia trojańskiego, dreptającego w podgrodziu USA i trwale nękająca je przemytami narkotyków, w tym śmiertelnego fentanylu (rocznie z powodu przedawkowania narkotyków, w tym właśnie fentanylu, umiera w USA nawet 100 tys. osób). 

Poza wszystkim pojmanie Maduro to przede wszystkim najboleśniejszy, bo nie tylko wizerunkowy, cios zarówno w Pekin, jak i w Moskwę, które nie dość, że zainwestowały w Wenezuelę miliardy dolarów, których najpewniej nie odzyskają, to tracą zarówno dostęp do ropy naftowej z tego kraju, ale i zdolności operacyjne wynikające z obecności na jego terenie. Tracą również wiarygodność sojuszniczą i są zmuszone do reakcji i minimalizowania strat. Z punktu widzenia Polski to sytuacja pozytywna, choćby dlatego, że krzyżuje to szyki Rosjanom wciąż nękającym broniącą się Ukrainę. 

To jednak wiemy i na łamach „Gazety Polskiej” mogą Państwo w tym tygodniu przeczytać obszerne analizy na ten temat. Co jest jednak z naszej perspektywy interesujące, to fakt, jak na tę zaskakującą i mrożącą cały świat operację USA zareagowano w Polsce. I choć są to wypowiedzi i stanowiska brzmiące jak wyjęte rodem nie tylko z politycznej piaskownicy, ale wręcz z komunistycznego poradnika agitatora, to niestety wypowiadają je dziś najważniejsze osoby w Polsce. To z kolei może skłaniać nas do refleksji, że wbrew pozorom to nie tylko gadanina, ale realizacja pewnej strategii. 

Sikorski drwi, Tusk szuka symetrii

„Mija kolejna doba, jak nasi suwereniści nie bronią suwerenności Wenezueli. Czyżby obowiązywała tylko wobec Unii Europejskiej, która im nie zagraża?”

– napisał w serwisie X minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Było to już długo po pojmaniu Maduro, ale z jakiegoś względu szef MSZ postanowił uderzyć nie tylko w opozycję parlamentarną za jej krytykę zakusów Unii na polską suwerenność, ale również postawić tezę (raczej karkołomną), że obalenie narkoterrorystycznego reżimu jest odebraniem suwerenności Wenezueli. Zresztą Sikorski w ubiegłym tygodniu krążył wokół USA wielokrotnie, nie tylko wyzłośliwiając się, ale także występując z otwartym żądaniem, by Kongres USA odniósł się do deklaracji Donalda Trumpa dotyczących chęci przejęcia Grenlandii. Przyznają Państwo, że to zaskakujące nawet jak na znanego z rozbuchanego ego Sikorskiego.

Ale to właśnie temat Grenlandii tak zelektryzował polskie władze, że postanowiły go one eksploatować poprzez budowanie przeciwwagi nie tylko do Wenezueli, ale nawet bliskiej nam kwestii wojny na Ukrainie. Premier Donald Tusk przed spotkaniem tzw. koalicji chętnych w Paryżu powiedział nawet, że kwestia ta będzie „poruszana równolegle do omawiania sytuacji na Ukrainie oraz w Wenezueli”. Zaskakująca wypowiedź Tuska nie znalazła potwierdzenia w faktach. Już po tym spotkaniu Tusk oznajmił: „Nikt nie chciał psuć nastroju dobrej współpracy w sprawie Ukrainy. W związku z tym nikt, nawet pani premier Danii, kwestii Grenlandii nie poruszała. Dziś tematem była nasza wspólna praca razem z Amerykanami na rzecz gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy”. Po co więc prężył muskuły przed spotkaniem antyamerykańskimi tyradami?

Odpowiedzią na to pytanie może być przywołanie innych wypowiedzi Tuska na temat Donalda Trumpa. Jakoś tak się dziwnie składa, że ze swoją krytyką prezydenta USA polski premier raz po raz wyjeżdża przed peleton europejskich polityków. Te rzekomo „jastrzębie” wypowiedzi Tuska wobec Trumpa trwają od momentu zaprzysiężenia 47. prezydenta USA – już rok temu przedstawił relacje z nową administracją jako „potencjalnie trudne” i dystansował się od relacji transatlantyckich (w swoim stylu obarczając nimi ówczesnego prezydenta RP, Andrzeja Dudę). Wystąpił wówczas zresztą (wywiad w TVN24) z zaskakującym apelem: „Do wszystkich w Polsce, polityków, komentatorów”, prosząc, „żebyśmy nie wpadali z jednej strony w histerię, że może to jest koniec świata – to nie jest koniec świata – ale żebyśmy też nie budowali sobie jakiejś iluzji, że jesteśmy pupilami w tym nowym rozdaniu”. 

To o tyle ciekawe, że po roku od tamtych słów widzimy raczej rzecz odwrotną – pomimo tych pohukiwań rządu Tuska nowa administracja amerykańska widzi w Polsce trwałego sojusznika i lidera regionu. O tym ostatnim świadczą nie tylko doskonałe relacje prezydenta Karola Nawrockiego z Donaldem Trumpem, które trzeba uznać za zintensyfikowaną kontynuację polityki Andrzeja Dudy, ale także fakt, że nie ukrywa tego nowy ambasador USA w Polsce, Tom Rose. 

Wypychanie USA z Polski i Europy

Ten ostatni w debacie z Mateuszem Morawieckim w Kanale Zero powiedział wprost, że z perspektywy USA rola Polski jest znacząca, a nasz kraj jest przykładem „prawdziwego partnerstwa”. Ocenił także, że Warszawa jako lider NATO w Europie powinna wziąć odpowiedzialność za Unię Europejską i być animatorem przemian w Sojuszu. „Oczywiście będziemy tutaj, zostajemy tutaj, jesteśmy zaangażowani w Europie, w Polsce. To się nie zmieniło, ale potrzebujemy większej liczby partnerów takich jak Polska” – powiedział Rose. 

To wszystko świetnie, jak jednak patrzeć ze spokojem na unaoczniony przez sytuację wokół Wenezueli i Grenlandii fakt, że koalicja 13 grudnia nie tylko werbalnie, ale i w działaniach wydaje się sabotować nasze relacje z najważniejszym sojusznikiem, jednocześnie obarczając prezydenta całością odpowiedzialności za kontakty? 

Jest to oczywiście potwierdzenie tego, co sygnalizowaliśmy już kilka miesięcy temu: Tusk i jego ludzie będą na przemian krytykować i ignorować USA, jednocześnie rugając Prezydenta RP za „samowolną politykę zagraniczną” i w tym samym czasie wzywając go do „większej aktywności”. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się paranoją, jest oczywiście planem politycznym nie tylko szkodliwym dla Polski, ale coraz trudniej nie odnieść wrażenia, że w Polsce nienapisanym. 

Od miesięcy widać bowiem, że administracja Tuska i on sam wciąż występują z niezrozumiałą z polskiego punktu widzenia krytyką USA, licząc być może na to, że cierpliwość partnerów się wyczerpie. „Gospodarka Unii Europejskiej jest od 9 do 10 razy większa niż rosyjska. Z powodzeniem walczyliśmy z Rosją, zanim jeszcze powstały Stany Zjednoczone – więc powinniśmy być w stanie to zrobić i dziś” – powiedział w ubiegłym tygodniu Radosław Sikorski i trudno nie uznać, że takie jest właśnie stanowisko tego rządu i taki jest plan. By zacytować słowa Michała Rachonia z serialu „Reset”, chodzi o „Europę bez USA, bez amerykańskich sił zbrojnych”. Dla Polski to wizja skrajnie niebezpieczna. To pokazuje nam poza wszystkim, jak ważne było zwycięstwo Karola Nawrockiego, bez którego być może już dziś bylibyśmy „poza radarem” USA.

Nadal walczą z imperializmem

Ale w tej najnowszej antyamerykańskiej histerii są także zaskakujące wątki. Jak jeden mąż przy tej okazji ujawnili się „antyimperialiści”, oskarżający USA o „odwieczną chciwość” i powtarzający argumenty rodem z głębokiej komuny. Co ciekawe, przywołują je zarówno starzy reseciarze i spadkobiercy PRL-u, jak i uznający się z jakichś powodów za „prawicę” przedstawiciele Konfederacji Korony Polskiej i ich zausznicy. Od skrajnej lewicy, przez „ekspertów”, aż daleko na prawo – zewsząd słychać retorykę rodem z komunistycznej kroniki filmowej. I tak na przykład Łukasz Adamski, wicedyrektor Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego (dawniej Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia), napisał w prześmiewczym tonie: „Nie zdziwiłbym się, gdyby Trump najpierw wydał rozporządzenie wykonawcze zmieniające nazwę Grenlandii na »Trumpland«, a następnie twierdził, że umowy z Danią dotyczące Grenlandii są nieważne, ponieważ kraj, o którym mowa, już nie istnieje”. Wcześniej Adamski uznał interwencję w Wenezueli za „pogwałcenie fundamentów prawa międzynarodowego”.

Z kolei były szef BBN generał Stanisław Koziej potraktował akcję w Wenezueli za „złamanie konstytucji światowej, jaką jest Karta Narodów Zjednoczonych”. Co interesujące, zdaniem Kozieja sprawa ta świadczy o „słabnięciu NATO” i, a jakże, przestrzega przed tym, że NATO nie da się uratować w obecnym kształcie lub nawet „w formule współdziałania amerykańsko-europejskiego”. „Myślmy o budowaniu europejskiego systemu, myślmy o militaryzacji Unii Europejskiej, aby mogła przejąć tę rolę, jaką do tej pory przez całe dekady spełniał Sojusz Północnoatlantycki” – mówił na antenie Polskiego Radia 24 (w likwidacji). Brzmi jak wypychanie Amerykanów z Europy? Brzmi to równocześnie absolutnie sprzecznie z wizją przedstawianą wspólnie przez Toma Rose’a i Mateusza Morawieckiego. I z faktami.

Na to, że przy okazji wydarzeń na drugiej półkuli szczególnie mocno uaktywnili się „reseciarze”, zwracał z kolei uwagę obecny szef BBN, prof. Sławomir Cenckiewicz. W rozmowie z Michałem Rachoniem w Telewizji Republika stwierdził on, że „sieroty po resecie” posiadają siatkę pojęciową wyniesioną – właśnie – z okresu „walki z imperializmem amerykańskim”. Co interesujące, takim podejściem wyróżniła się m.in. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, która stwierdziła, że „atak” na Wenezuelę „stawia Polskę w jeszcze trudniejszej sytuacji”. „Niezależnie od tego, co sądzimy o Maduro, a sądzimy źle, niestety USA w praktyce zastosowało zasadę imperialną, czyli o tym, kto rządzi w sąsiednim kraju, może decydować siła militarna jego sąsiada. Świat, w którym takie myślenie i działanie staje się powszechne, jest dla nas światem groźnym” – orzekła. 

Rosja jak USA?

Za szczególnie oburzający uznał Cenckiewicz fakt porównywania akcji USA w Wenezueli z „operacją specjalną” Rosji przeciwko Ukrainie. „To jest podnoszenie Władimira Putina do poziomu przywódcy państwa demokratycznego” – mówił szef BBN. Cóż jednak zrobić, skoro tego typu retoryka wydawała się w ubiegłym tygodniu niemal „przekazem dnia” koalicji 13 grudnia i jej ekspertów? 

Co dodatkowo ciekawe, podobnymi refleksjami podzielili się także przedstawiciele – zdawałoby się – przeciwnej strony sceny politycznej. I tak Włodzimierz Skalik, uznawany za jednego z czołowych przedstawicieli środowiska tzw. gaśniczaków, a więc Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna, grzmiał w serwisach społecznościowych, że „amerykańskie działania w Wenezueli miały wywołać masowe protesty w Stanach Zjednoczonych”.

Nic podobnego nie miało miejsca – jak się okazało, Skalik, nie pierwszy raz dezinformujący, przedstawił zdjęcia z antytrumpowych protestów z października ubiegłego roku. Na fejkach nie poprzestał: „W żadnym z krajów, które »wyzwoliły« Stany Zjednoczone, nie zrobiło się mieszkańcom lepiej: w Iraku, Syrii, Afganistanie i Libii do dziś trwa chaos i pożoga. Jednak zawsze po takich »interwencjach« lepiej robi się jednym: syjonistom” – napisał, wplatając w sprawę ulubione przez to towarzystwo antysemickie sugestie. 

I choć tego typu wypowiedzi można zbyć machnięciem ręki, podobnie jak na przykład tyradę sprzyjającego „gaśniczakom” Witolda Gadowskiego, który wywróżył z całej sytuacji, że zaangażowanie USA w Wenezueli poskutkuje wycofaniem się Stanów z naszego regionu, a „Polska straci”, to dobrze widzieć ten szeroki antyamerykański chór. Pozostaje mieć nadzieję, że jego wpływ będzie tak samo słyszalny na świecie, jak słyszalna była homeopatyczna antyamerykańska pikieta skrajnej lewicy i betonowych komunistów przed ambasadą USA w Warszawie. Co zabawne, pomimo braku frekwencji żartowano, że i tak była liczniejsza niż jakakolwiek światowa manifestacja Wenezuelczyków w obronie Maduro.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane