Wybór przewodniczącego KE to rezultat skomplikowanej układanki, w której liczą się interesy narodowe, parytety polityczne, a także geograficzne. Stąd Polska nie ma szans na żadne z pięciu głównych stanowisk w UE, bo w ostatnich 10 latach przez 7,5 roku takie stanowiska sprawowali obywatele RP (Jerzy Buzek – 2,5 roku i Donald Tusk – 5 lat). Możemy na nie liczyć najwcześniej za pięć lat. Dziś chadecja ma premierów (lub prezydentów) w 8 państwach UE, liberałowie w 7, socjaliści w 6, konserwatyści w 2, postkomuniści w 1, a w 4 rządzą „niezależni”. Tyle że ta układanka się zmienia, bo w Danii liberałowie oddadzą władzę na rzecz lewicy, w Grecji postkomunistów zmienią konserwatyści. To wszystko powoduje, że wybór przewodniczącego KE nastąpi nie w lipcu, ale jesienią. A Polska zyska wtedy spore pole do gry: poparcie za silną tekę dla polskiego komisarza.