Donald Tusk po porażce w wyborach – bardzo bolesnej i politycznie, i wizerunkowo – postanowił wdziać „nowe szaty” dokonując rekonstrukcji rządu. Problem w tym, że intencje były i są oczywiste: chodzi w owej rekonstrukcji o ratowanie tego, co już się „pod siedzeniem” pali – coraz więcej ludzi widzi, że rząd nie działa, jest nieudolny, słaby, pozostawiający zwykłych ludzi bez pomocy i uwagi tam, gdzie ta pomoc jest niezbędna (np. na terenach po powodzi). Po drugie oczywistym jest, że „przywracanie praworządności”, cała fala rozliczeń z opozycją, służy przede wszystkim konsolidowaniu tłumu zwolenników i wyborców Platformy Obywatelskiej, tych oszalałych z nienawiści i oślepionych żądzą odwetu. Czy jednak ci, którzy mają w głowie resztki zdrowego rozsądku zaczynają dostrzegać, że spod niewidzialnych szat cesarza wyziera dość oczywista „nagość”?
Trzeba tu postawić zasadnicze pytanie – co będzie się działo po tym, jak już zostanie zaprzysiężony prezydent Karol Nawrocki? Bo przecież prezydentura Nawrockiego będzie odmienna od tej, która właśnie dobiega końca. Wszyscy zdają sobie sprawę z tego (a w środowisku rządowym w szczególności), że były prezes IPN będzie fighterem, który nie odpuści i który stanie się dla rządu prawdziwym wyzwaniem na każdym polu – politycznym, wizerunkowym, tożsamościowym, prawnym. Stąd się biorą wszystkie paniczne zachowania Donalda Tuska i jego zakładanie nowych szat. A że są one przezroczyste – stąd widać, że „król jest nagi”. I z każdym miesiącem coraz więcej Polaków tę nagość będzie dostrzegać…