Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Partia władzy i jej wyborcy. Ponury obraz społeczeństwa obywatelskiego

Coraz większy dramat politycznej sytuacji w Polsce polega dziś na tym, że znaczna część elektoratu trzynastogrudniowej władzy do szczęścia nie potrzebuje niczego poza utrzymaniem się Donalda Tuska u władzy. I ewentualnie nieustannych pogróżek oraz prześladowań PiS. Modernizacja kraju? Spełnione obietnice przedwyborcze? Spójność przekazu? To dla nich nic nie znaczy. Rzadko kto się zastanawia, jak tragikomiczny to widok – parodii liberalnego społeczeństwa obywatelskiego.

Znakomita większość starszych i średnich roczników ma w głowie obraz lewicowo-liberalnych elit, przekonujących przez dekady, że jedną z ich największych ambicji jest zbudowanie w Polsce otwartego społeczeństwa obywatelskiego. Mit liberałów jako politycznej emanacji nowego społeczeństwa i nowych elit wyraźny jest w nazwie partii, która okazała się złym duchem III RP, czyli Platformy Obywatelskiej, przemianowanej niecały rok temu na Koalicję Obywatelską. 

Obserwuj Niezalezna.pl w Google! Wejdź na nasz profil i kliknij „Obserwuj w Google”

Mit społeczeństwa obywatelskiego

Społeczeństwo obywatelskie, fetysz liberalnych i lewicowych sił na zachodzie Europy, miało być nowym bytem, tożsamościowo zastępującym niejako „nacjonalistyczne” narody. Obywatelskie społeczeństwa w świecie zachodnim – laickie, agnostyczne, tolerancyjne i, rzecz jasna, otwarte – miały budować nowy metapolityczny układ sił i stanowić naturalne zaplecze dla partii lewicowych, liberalnych i chadeckich. A w krajach, które na początku lat 90. wyszły spod kurateli sowieckiej Rosji – miały budować nową jakość metapolityczną, czy wręcz ustrojową. 

Stąd bardzo szybko zaczęto w III RP przeciwstawiać społeczeństwo obywatelskie prawicowym wyborcom – w latach 90. na celowniku elit znalazły się „moherowe berety”. Hasło „zabierz babci dowód” na wiele lat zdominowało myślenie o polityce „tolerancyjnych” i „otwartych” środowisk: potencjalni wyborcy prawicy stali się obywatelami drugiej kategorii, podejrzanym plebsem, niepojmującym dobrodziejstw rynkowych ani obyczajowych przemian. Dziwnym trafem wyjątek zrobiono dla środowisk postkomunistycznych: przekształcenie PZPR-owców w europejskich socjaldemokratów i wielkie pieniądze niemieckich think-tanków partyjnych dla polskojęzycznych fundacji szybko sprawiły, że także „nowa” lewica zaczęła budować w Polsce społeczeństwo obywatelskie.

Jestem przekonany, że powyższa, z konieczności skrótowa diagnoza jest jednym z kluczy do zrozumienia obecnej sytuacji. Wielu komentatorów, zdystansowanych do obecnej władzy, pyta dzisiaj, dlaczego Koalicja Obywatelska utrzymuje stosunkowo wysokie notowania, mimo że jedna wizerunkowa porażka obozu władzy goni drugą, a sondażowo premier Donald Tusk i jego rząd stoją coraz marniej. Teoretycznie kiepskie wyniki koalicyjnego gabinetu powinny o wiele mocniej pociągać w dół notowania największej partii. Tym bardziej że była Polska 2050 i rządowa Lewica zapłaciły już słoną cenę za współudział we władzy. Tak się jednak nie dzieje: nawet jeśli uznamy, że sondażownie są zbyt łaskawe dla KO, to wynik może wydawać się wciąż niewspółmiernie wysoki jak na skandale, które od wielu miesięcy wstrząsają rządzącym układem. Jedni tłumaczą to – nie bez racji – tłumikiem medialnym ze strony najważniejszych, warszawocentrycznych redakcji, stanowiących jeden ze zworników III RP. Drudzy mówią o swoistym efekcie flagi, który w czasach niepokojów za naszą wschodnią granicą sprawia, że część okolicznościowych wyborców jest w stanie wybaczyć Tuskowi et consortes znacznie więcej niż w spokojniejszych czasach. Tusk nie po raz pierwszy wygrywa na cynizmie: gdy tylko przejął władzę, niemal jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki umilkł hejt na polskich pograniczników, a obecna władza chwali się dziś Tarczą Wschód jako swoim arcypatriotycznym projektem. 

Klienci Tuska

Bo społeczeństwo obywatelskie wybaczy liberałom i lewicy niemal wszystko, byle zagwarantować swoim ulubieńcom utrzymanie się u władzy. Co tam, że afera goni aferę, rząd okazał się skrajnie niewiarygodny w niemal każdej sprawie, a afery na Dolnym Śląsku to ponury obraz spod znaku „tylko nie mów nikomu”, w których pedofilia, zoofilia, zwykłe złodziejstwo i krycie samych swoich idą w parze z gestem Piłata ze strony najważniejszych polityków Koalicji Obywatelskiej. Elitom w III RP udała się rzecz niezwykła: stworzyły „silniczkowe” społeczeństwo obywatelskie, podlewane sokiem z buraka, które jest w gruncie rzeczy bezobjawowym społeczeństwem obywatelskim. 

W teorii dla tych ludzi powinno się liczyć to, co wartościowe społecznie i efektywne gospodarczo. W zamyśle społeczeństwo obywatelskie powinno promować polityczną transparentność i uczciwość oraz wysokie kompetencje elit. Społeczeństwo obywatelskie, w swoich opisach, jest siłą, która stoi na straży realnej demokracji, zachowuje krytycyzm wobec polityków wszystkich opcji i tworzy dla nich swoistą alternatywę. W praktyce liberalno-lewicowe społeczeństwo obywatelskie w III RP to klakierzy i klienci partii Donalda Tuska i jego satelitów. Nie piszę jedynie o wielkomiejskich oglądaczach wiadomej telewizji. To często także ludzie z mniejszych miejscowości, którzy niejednokrotnie już się przejechali na obecnej władzy, ale wciąż na nowo chwytają za rozpalone do czerwoności żelazko. Dla nich liczy się jedno: przekonanie, że reprezentują lepszą część społeczeństwa, gdy głosują inaczej niż „ciemnota” i „biedota” popierająca Prawo i Sprawiedliwość lub inne prawicowe formacje. 

Hejt zamiast empatii

Czy to wypadek, czy inżynieria społeczna? Podejrzewam, że w latach 90. wielu liderów społeczeństwa obywatelskiego szczerze wierzyło, że wybuduje realną alternatywę dla „socjalistyczno-katolickiego narodu” PRL. Tak, tego rodzaju określenie pojawiało się nie tak rzadko w lewicujących i liberalnych środowiskach. Ale z czasem społeczeństwo obywatelskie, elektorat Koalicji Obywatelskiej, okazało się skrajnie cyniczne i pragmatyczne. Pogarda dla pięćsetplusów, którą kojarzymy z minionej dekady jako szereg artystyczno-celebryckich wykwitów salonowych snobów, była papierkiem lakmusowym myślenia tych „proobywatelskich”, „tolerancyjnych” i „demokratycznych” środowisk. Stąd dziś skrajny konformizm wobec samych swoich.

Jak silne jest to zjawisko, pokazuje ciche przyzwolenie na patologie władzy Koalicji Obywatelskiej. Będę pesymistą: nie przejmujmy się zbytnio cichymi sarkaniami przy kawiarnianych stolikach w metropoliach ani prowincjonalną frustracją elektoratu partii Tuska. Część tych ludzi przełknie każde oszustwo i kłamstwo swoich polityków, byle raz jeszcze cieszyć się wygraną „kierownika”. To jest ich największa nagroda: poczucie, że Polska, którą zbudowali właśnie dla siebie, będzie dalej należała do nich i tylko do nich. Mniej licznym opłaci się to finansowo, większość zadowoli się negatywnymi emocjonalnymi benefitami. Hejt zamiast empatii – to obywatelskie społeczeństwo, jakie poznaliśmy po 2015 r.

Za tym kryje się jeszcze jedna smutna sprawa. Społeczeństwo obywatelskie miało być społeczeństwem nie tylko obyczajowej, ale również gospodarczej modernizacji. Tymczasem to liberałowie i lewica bardzo długo trzymali nas w zależności infrastrukturalnej od Niemiec i Rosji. To partia Donalda Tuska nawet nie miała pomysłów na rozwój, który czyniłby Polskę podmiotem, a nie jedynie przedmiotem w wielkiej grze. Najlepszym przykładem CPK, uderzająco dobrym – cyfryzacja państwa za PiS, znakomitym – Baltic Pipe („pisowska” inwestycja), bardzo dobrym – Via Carpatia. Dzisiaj są to rzeczy oczywiste, ale to wszystko działo się, gdy udało się skutecznie odsunąć od władzy ulubieńców społeczeństwa obywatelskiego. Elektorat zaściankowy, ciemnogrodzki, szowinistyczny, „prawacki” okazał się o wiele bardziej przytomny i pragmatyczny, jeśli chodzi o swoje oczekiwania. I w tym nasza nadzieja na przyszłość.

 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

NAJNOWSZE Polityka