Francuski sąd podtrzymał wyrok skazujący Marine Le Pen za korupcję, niemniej, co fundamentalne, na tyle skrócił jej okres zakazu ubiegania się o pełnienie funkcji publicznych, że może ona jednak wystartować w wyborach prezydenckich.
Najważniejszy jest wróg
Poza radością wiernych zwolenników Le Pen i wściekłością francuskiej lewicy wielu komentatorów wskazuje, że mamy do czynienia z cyniczną grą układu reprezentowanego przez Macrona. Dzięki zblatowaniu ze środowiskami prawniczymi może za ich pomocą wpływać na scenę polityczną.
Najpierw utrącił kandydaturę będącą wtedy dla niego największym zagrożeniem. Kiedy jednak okazało się, że młody Bardella, który zastąpił Le Pen, jest potencjalnie jeszcze groźniejszy, zdecydował, że lepszy będzie stary wróg.
Żeby jednak w pełni zrozumieć obecną sytuację, warto trochę się cofnąć. Jednym z najczęściej stawianych Macronowi zarzutów jest ten, że zniszczył on francuską scenę polityczną. Wchłonął zarówno socjalistyczną lewicę, jak i centroprawicę, tworząc bezideowy twór, będący amalgamatem sprzecznych ze sobą idei i programów. Tak jak Tusk w Polsce, w zależności od dynamiki emocji społecznych, Macron raz jest prawicowy, raz lewicowy, czasem udaje przeciwnika migracji, żeby potem stroić się w szatki postępowca. Wszystko to jest jednak tylko cyniczną, doraźną grą, teatrzykiem, nie konkretną wizją państwa, planem reform etc. Jest to raczej technika utrzymania władzy niż faktycznego, konsekwentnego zarządzania państwem. W jaki sposób ugrupowanie reprezentujące tego typu nihilizm ideowy legitymizuje swoją władzę? Znów mamy tę samą sytuację co w Polsce – wrogiem.
Podstawą propagandy Macrona i jego ludzi jest przedstawianie siebie jako jedynego ratunku przed złem ostatecznym, jakim jest skrajna prawica. Gra szantażem moralnym – jeśli nie jesteś z nami, stoisz po stronie tych, którzy chcą zniszczenia Francji, cywilizacji, tego, co dobre, osiągnięć tego wspaniałego kraju. W obliczu takiego zagrożenia znikają wszelkie inne „mniej istotne” problemy. Korupcja, nepotyzm, fatalne zarządzanie państwem etc. – to przecież nic przy koszmarze, jaki może nadejść, jeśli do władzy dojdzie ich przeciwnik.
Znowu to samo...
Tak jak w Polsce mamy więc do czynienia z tą samą kasandryczną tonacją, przedstawieniem wyborów demokratycznych jako sytuacji, która może prowadzić wręcz do apokalipsy. Taka narracja uderza w samo sedno demokratycznej debaty publicznej. Po pierwsze, demonizując w absurdalny sposób głównego oponenta władzy, uniemożliwia realną dyskusję o jego programie. Spór o konkretne postulaty okazuje się nieistotny, liczy się tylko „walka z największym zagrożeniem”. Warto tu zaznaczyć, że wiele działań czy poglądów Marine Le Pen zasługuje na jak najostrzejszą krytykę, niemniej to, co słyszymy ze strony obozu Macrona na jej temat, jest tak skrajne, że właściwie pozbawione sensu. Podobnie jak w Polsce tego typu polityczny manicheizm powoduje, że różnice programowe między partiami u władzy (we Francji, jak w Polsce, rządzi „koalicja”) stają się drugorzędne.
Tak mocno zogniskowana na wrogu polityka, oparta na wyjątkowo uproszczonym, czarno-białym obrazie świata, potrzebuje też wyrazistych, prostych symboli. Tu znów dochodzimy do sporu prawnego o Le Pen. Jak mówi moja rozmówczyni, prawniczka z południa Francji: „Macron zdał sobie sprawę, że Bardella i Zjednoczenie Narodowe nie wywołują takiej nienawiści oraz strachu, jak sama Marine Le Pen. Pamiętaj, że nazwisko to już od dekad wywołuje we Francji skrajnie negatywne emocje, przypomina też czasy, kiedy Front Narodowy był faktycznie dużo radykalniejszy niż obecnie. Jako straszak, mający mobilizować elektorat, Le Pen, mimo swojej popularności i oddanego grona wyznawców, jest idealnym przeciwnikiem dla macronistów". Wymieńmy teraz nazwisko Le Pen na Kaczyński... Moja rozmówczyni kontynuuje:
„Ta demonizacja Le Pen schodzi też z polityki na relacje towarzyskie. W absolutnej większości środowisk inteligenckich, miejskich etc., wśród tych, których nazwałabym klasą średnią i wyższą, za samo niuansowanie, myśl, że można oddać na nią lub jej ugrupowanie głos, zostaniesz poddany pełnemu ostracyzmowi. Będzie to potraktowane w kategoriach najgorszej zbrodni".
Uznając powyższy opis za prawdziwy i – ponownie – zaskakująco zbliżony do sytuacji w Polsce, trudno nie poczuć rosnącej frustracji wśród przeciwników Le Pen. Jak stwierdza inny mój rozmówca, emerytowany profesor chemii z Alzacji (skądinąd bastion Zjednoczenia Narodowego), mający zresztą jak najgorsze zdanie o prawicy:
„To kolejny raz, kiedy każą nam głosować, bo inaczej przyjdzie Le Pen. A co sami zrobili w tym czasie? Zniszczyli politykę, stworzyli chory, skorumpowany system, w którym ich ludzie są bezkarni, a na końcu mówią nam: »Co z tego, skoro walczymy ze skrajną prawicą«. Po raz pierwszy skłaniam się ku temu, by nie zagłosować w wyborach w ogóle”.
Zachodni postkomunizm
Przytoczyłem powyżej zaledwie dwie rozmowy, niemniej znajdują one swoje odbicie w debacie medialnej we Francji. Macron nie ma tego groteskowego, quasiboskiego statusu Tuska. Publicyści czy intelektualiści, których z prawicą nic nie łączy, nie boją się skrytykować jego obozu w najostrzejszych słowach, wskazując na tę samą patologię, o której mówił profesor chemii. Nie ma żadnego „Macron/Philippe/Attal, musisz!”., nie ma zaznaczania w każdym tekście czy programie telewizyjnym, że tylko oni są ratunkiem przed zagładą Francji. Przenosząc to na polskie realia – tego typu narracja byłaby niemożliwa w „Wyborczej”, Onecie, „Polityce”, TVN-ie czy OkoPress. Pokazuje to jednak dużo większą dojrzałość i niezależność debaty publicznej we Francji.
Jest jeszcze jeden element różniący nasze dwa kraje. Ponownie oddaję głos prawniczce: „Pamiętaj, że przy wszystkich problemach Francji, czasem nieporównywalnie większych niż w Polsce, zwłaszcza z przestępczością i migracją, to nadal silne państwo, które dba o swoich obywateli. Istnieje też w pewnych sprawach consensus, wyjęty spod obecnego konfliktu politycznego. Przykładowo nieważne, kto rządził przez ostatnie lata, w naszym regionie konsekwentnie budowano zbiorniki retencyjne, co ratuje nas podczas obecnej potwornej suszy". Prawda tego małego przykładu mnie uderzyła.
Wyobraźmy sobie bowiem, co byłoby w Polsce. Najprawdopodobniej, patrząc na działania obecnej władzy, ci, którzy budowali wspomniane zbiorniki retencyjne za poprzedniego rządu, byliby dziś oskarżeni o udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Zapewne już podczas ich budowania rozpętano by dziką awanturę polityczną, że lepiej przeznaczyć te pieniądze na coś innego, że to przekupywanie wyborców. Smutna prawda jest bowiem taka, że Macron i Tusk są jednocześnie niebywale podobni, ale też różni. Uśmiechnięta Polska reprezentuje patologie zachodniego pseudoliberalizmu, ale łączy je z dziedzictwem postkomunizmu. Z niebywałym prymitywizmem i brutalnością cechującą ten system, z politycznymi bandytami pokroju Giertycha, którzy byliby we Francji nie do wyobrażenia. Z zupełnie sprzedanymi, pozbawionymi nawet grama autonomii mediami, które zachowują się jak agentura obecnej władzy, na przykład urządzając wspólnie z nią prowokacje na jej przeciwników. W końcu z typowym dla postkomunizmu pasożytowaniem na państwie, niszczeniem go. Tworzeniem odrębnych, nieformalnych struktur, nielojalnych wobec kraj, a jednocześnie będących klientami władzy. Dlatego Francja, nawet pod rządami populizmu Macrona, może być wciąż kulawym, ale jednak mocarstwem. A Polska za Tuska osuwa się w niebyt.