Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Kolejny pomysł resortu zdrowia na likwidację porodówek. "To będzie piekło kobiet zafundowane przez Tuska"

Pozostawienie porodówek tam, gdzie rodzi się minimum 700 dzieci rocznie. I wybranych tam, gdzie porodów jest rocznie 400. W tym drugim przypadku takim oddziałom przysługiwałby ryczałt – to kolejny pomysł resortu zdrowia, który ujawnił wiceminister Tomasz Maciejewski. Analiza wskazuje, że w takim przypadku zniknąć miałoby w kraju 151 porodówek, przy czym czas dojazdu do tych działających w dużej części Polski wynosi ok. godziny. – Taka propozycja bez konkretnej mapy będzie oznaczała piekło kobiet, którym Donald Tusk straszył Polki – mówi Janusz Cieszyński, poseł PiS i były wiceminister zdrowia.

Wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski w rozmowie z branżowym portalem Rynek Zdrowia ujawnił plany resortu dotyczące utrzymywania oddziałów porodowych w szpitalach. Według Maciejewskiego progiem opłacalności jest 700 porodów rocznie. Oddziały, które przyjmują tyle porodów, pozostałyby. Dodatkowo ze względu na konieczność pozostawienia niektórych oddziałów w miejscach, gdzie do najbliższej porodówki byłoby zbyt daleko, nie znikną także te oddziały, w których rodzi się 400 dzieci rocznie. W przypadku takich oddziałów przysługiwałby im ryczałt. Takie finansowanie jest nowym elementem starego już pomysłu zakładającego likwidację porodówek. Maciejewski zapowiadał zastosowanie progu 700 porodów rocznie (jako minimum dla utrzymania oddziału) trzy miesiące temu.

Polska na czerwono

– Rząd Tuska chce zamykać porodówki. Najpierw mieliśmy pomysł minister Leszczyny. Wtedy była mowa o progu liczby porodów wynoszącym 400. Teraz wiceminister mówi o progu ponad 700 porodów. Na mapie widać, co to oznacza w praktyce – mówił wtedy „Codziennej” Janusz Cieszyński. Przygotował interaktywną mapę pokazującą, jak po przyjęciu progu 700 porodów znikną z mapy oddziały porodowe i jak bardzo całe połacie kraju będą pozbawione bliskości takiego oddziału na swoim terenie. Duża część Polski była zaznaczona na czerwono – tam porodówki by zniknęły („Codzienna” publikowała tę mapę). Cieszyński stworzył także drugą mapę, ale tym razem z czasami dojazdów w zależności od liczby pozostawionych porodówek. Przy przyjęciu w obecnej sytuacji propozycji Maciejewskiego duża część gmin znalazłaby się w sytuacji, w której do najbliższej porodówki czas dojazdu wynosiłby ok. godziny. Są regiony, w których czas dojazdu byłby znacznie dłuższy (od 60 do 90 min). To np. województwa zachodniopomorskie, warmińsko-mazurskie i dolnośląskie. Zniknęłoby 151 porodówek, a pozostało 155, przy czym te działające ulokowane byłyby przede wszystkim w dużych miastach.

Luki miałyby wypełnić według Maciejewskiego oddziały opłacane ryczałtem. Nie wiadomo, ile ich będzie.

– Jak już będziemy w czerwcu prezentować nasze mapy, będziemy podpowiadać lokalnym włodarzom, czyli marszałkom i wojewodom, jak powinni patrzeć na swoje rejony i gdzie alokować środki w różne dziedziny, nie tylko położniczo-ginekologiczne. Wtedy oczywiście przygotowujemy odpowiednią komunikację

– mówi wiceminister.

Chodzi o mapy potrzeb zdrowotnych, które dopiero mają być przygotowane.

Dyskryminacja kobiet

Taka propozycja bez konkretnej mapy będzie oznaczała piekło kobiet, którym Donald Tusk straszył Polki

– mówi Janusz Cieszyński, poseł PiS i były wiceminister zdrowia. Wielokrotnie wskazywał, że przy obecnych stawkach za poród, które płaci szpitalom NFZ nawet w dużych miastach, gdzie próg 700 narodzin jest przekraczany, oddziały ginekologiczno-położnicze nie dają rady się sfinansować.

Resort jednak nie zamierza podnosić stawek, ale likwidować oddziały. Brak porodówek w szpitalach powiatowych zakładają przepisy, które już weszły w życie, czyli umożliwiające tworzenie tzw. pokojów narodzin na SOR tych szpitali. – To jest lekceważenie ludzi mieszkających poza dużymi miastami. Dlaczego oni mają mieć gorsze zabezpieczenie świadczenia? – mówi „Codziennej” Mariusz Trojanowski, dyrektor szpitala w Aleksandrowie Kujawskim.

Porody na SOR, likwidacja oddziałów ginekologiczno-położniczych poza większymi ośrodkami to zdaniem Kariny Bosak (Konfederacja), szefowej parlamentarnego zespołu ds. opieki okołoporodowej, dyskryminacja kobiet. 

Zróżnicowanie dostępności porodówek w zależności od miejsca zamieszkania jest ewidentnym przejawem dyskryminacji. Kobiety mieszkające w mniejszych miejscowościach nie mają takiego samego dostępu do opieki okołoporodowej jak te w dużych miastach, a to oznacza, że ich bezpieczeństwo i komfort porodu zależą od miejsca zamieszkania, co jest nie do przyjęcia

– mówi Bosak i podkreśla, że przyjmowanie założenia, że karetka zawsze przyjedzie na czas lub będzie wieźć rodzącą godzinę na oddział, jest niebezpieczne.

– Istnieje ryzyko powikłań i zagrożeń dla życia matki i dziecka. W sytuacjach kryzysowych – jak oderwanie łożyska, owinięcie pępowiny, nieprawidłowe ułożenie dziecka, stan przedrzucawkowy czy poród przedwczesny – sama położna np. na SOR nie zapewni wystarczającego bezpieczeństwa. Brak natychmiastowej, pełnej opieki medycznej zwiększa ryzyko powikłań i cierpienia rodzącej. Dlatego konieczne jest stworzenie systemu, który zapewni każdej kobiecie równy dostęp do opieki okołoporodowej, niezależnie od miejsca zamieszkania. To nie tylko kwestia komfortu, lecz także życia i zdrowia matek oraz dzieci – każda kobieta powinna mieć pewność, że w krytycznym momencie otrzyma pełną, natychmiastową pomoc – mówi Bosak.

Zmienić sposób finansowania

Zdaniem eksperta ds. ochrony zdrowia Wojciecha Wiśniewskiego nie tylko w przypadku porodówek istnieje problem utrzymania części placówek i oddziałów, które nie są dochodowe, ale niezbędne dla bezpieczeństwa zdrowotnego mieszkańców.

Konieczny jest inny sposób finansowania szpitali. Nie da się tak samo traktować dużego szpitala klinicznego i małego szpitala powiatowego, który prowadzi jakiś oddział niezbędny, by ludzie mogli liczyć na szybką pomoc medyczną. Tym drugim trzeba płacić za jakość, za świadczenia i za gotowość

– mówi Wiśniewski.

W przypadku propozycji Maciejewskiego jest pomysł płacenia za gotowość, ale pod warunkiem określonej liczby świadczeń (400 porodów rocznie). Tymczasem przykład porodówki w Lesku pokazuje, że powinno się ją utrzymać, ponieważ po jej likwidacji najbliższa porodówka jest dziesiątki kilometrów od miasta (nie mówiąc np. o Cisnej czy Wetlinie), w Krośnie i jeszcze dalej w Rzeszowie. Taka porodówka nie osiągnie progu 400 porodów rocznie. Nie tylko ta. Jak mówił „Codziennej” Krzysztof Żochowski, dyrektor szpitala powiatowego w Garwolinie i członek zarządu Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych, próg 700 porodów jest nieosiągalny dla szpitali powiatowych. – Przyjęcie takiego progu oznaczałoby masowe likwidowanie porodówek poza dużymi miastami – mówi „Codziennej” Krzysztof Żochowski.

Czytaj więcej w "Gazecie Polskiej Codziennie"! 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie, niezalezna.pl

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE Polityka